 Nieważne, czy sięga po jazz, czy utwory bliższe muzyce pop, Stanisław Sojka zawsze jest wyrazisty i jednakowo oddany muzyce, którą bez cienia wątpliwości uważa za swe powołanie. Po trzydziestu latach od debiutu wciąż tworzy, szukając nowych inspiracji i ścieżek wyrażania siebie poprzez dźwięki i słowa. Ma tylko jedno marzenie: poświęcić się muzyce do końca i bez reszty
2009 rok niesie same okrągłe rocznice: 50 urodziny, 30-lecie obecności scenicznej. Jakieś szczególne refleksje, postanowienia jubileuszowe?
- Myślę o upływie czasu i spoglądając wstecz mam poczucie, że nie byłem przez te lata bezczynny. To daje radość i przekonanie, że nie zmitrężyłem danego mi czasu. Jednocześnie czas, który mi pozostał, zdaje się coraz cenniejszy. To taka główna refleksja. Poza tym ciągle pracuję. Nawet jak nie ma mnie na okładkach tabloidów, to zapewniam, że jestem bardzo zajęty i bez przerwy robię swoje.
Co zmieniło się w Pana podejściu do muzyki i tworzenia przez ten czas?
- Głównie to, że zacząłem rozumieć, w jakiej materii pracuję. Kończąc studia, zaczynałem się zastanawiać: po co mi to wszystko, co umiem. Proces odpowiadania sobie na to pytanie trwa właściwie do dziś. Ale w międzyczasie udało mi się wypracować język muzyczny, który mnie wyróżnia.
Jak ewoluowały Pana poszukiwania muzyczne? Jazz zawsze był w centrum uwagi?
- Początkowy okres twórczości dotyczył mojej fascynacji klasyką, głównie amerykańską. To był dość intensywny okres studyjny, trwający od końca lat licealnych do 1983 roku. Z punktu widzenia dogmy sztuki są różne etapy poznawania: szkicowanie, zgłębianie, błędy ślepych uliczek. Jazz był wspaniałą materią do ugniatania na różne strony. Wówczas, jako akademik, strasznie chciałem być awangardowy, tkwiłem w przeświadczeniu, że ja wszystko zrobię inaczej, jak nikt dotąd. Potrafiłem zniszczyć każdą melodię, za jaką się zabrałem, uważając, że to właściwa droga. Dopiero starsi napomnieli mnie raz i drugi. Wtedy przyszła refleksja, że nie chcę komplikować ludziom życia, śpiewać im czegoś trudnego, żeby ich przestraszyć czy zadziwić. Wolę poprzez śpiew komunikować się z bliźnimi. Pojawiła się myśl: "Dlaczego miałbym odżegnywać się od tradycji, w której wyrastałem?". Jednocześnie zanim wszedłem w świat jazzu byłem i pozostaję do dziś wielbicielem starej muzyki europejskiej, zwłaszcza baroku, który w połączeniu z moimi doświadczeniami jazzowymi zaczął dawać ciekawą mieszankę, widoczną w moich kompozycjach. A jako że stara mistrzowska rada brzmi: "Im prościej, tym lepiej", taki sobie wyznaczyłem azymut i do dziś kroczę w tym kierunku, tworząc, jak i śpiewając utwory innych artystów. W końcu piękne pieśni są po to, aby je śpiewać.
Czy pójściem w kierunku tej prostoty były też nagrane pieśni religijne?
- To wiąże się z tym, że jestem z formacji chrześcijańskiej i zawsze naturalne było dla mnie współistnienie sacrum i profanum. Wierzę, że kto śpiewa, dwa razy się modli. Moje związki z muzyką kościelną wywodzą się z dzieciństwa, stąd w naturalny sposób co jakiś czas sięgam po repertuar sakralny. Jazzowo ująłem pieśni oazowe, potem nagrałem album z kolędami, który jest moją dumą, gdyż ujmuje znane kolędy w sposób najprostszy z możliwych. Za namową przyjaciela, mistrza organowego, zabrałem się za pieśni wielkopostne, które są przepiękne, a nikt ich nie nagrywa. Powody i inspiracje bywają różne, ale podstawą, by udać się w tę stronę, jest formacja duchowa. Tego nigdy nie kryłem.
Wyjątkowym projektem jest "Tryptyk Rzymski" do słów Jana Pawła II, z udziałem chóru i kwartetu. To wyzwanie kompozytorskie, ale podejrzewam, że również innego rodzaju przeżycie duchowe?
- To przede wszystkim świetny tekst, przez który przedzierałem się sześć tygodni, aż któregoś dnia otworzyła się furtka i dalej już było prosto. Mam dar melodyczny i mogę pisać na metry, tylko po co? Jestem kompozytorem prowadzonym przez tekst, sługą poetów, co również z racji mojego zamiłowania do polszczyzny powoduje, że mogę dobrze podawać treści. Pieśń może podać tekst z tysiąckrotnie większą siłą niż lektura. Poprzez muzykę, jeżeli jest dobrze napisana, tekst potrafi zatoczyć znacznie szersze kręgi. Niektórzy chyba nawet to mierzyli (śmiech).
Uszami można wyczytać więcej?
- Pod warunkiem, że wiem, o czym śpiewam. Wszystko musi być przepracowane, bo za słowa odpowiada się daleko bardziej niż za dźwięki.
W świecie popkultury jedne mody nastają, inne mijają, a Pan zdaje się wbrew wszystkiemu konsekwentnie robić swoje. Nie dla Pana "kariera, sława, blaski"?
- Bogu dzięki, nie jestem jedyny, który nie poddaje się modom. Tworzenie to pracochłonny proces, wymagający benedyktyńskiej cierpliwości, pokonywania lenistwa i przekraczania własnych słabości. Kontynuacja rozpoczętej drogi i konsekwencja daje szansę na prawdziwie rozwinięte dzieło, które będzie można przenieść na przyszłe pokolenia. I to musi być rzetelne. A kariera, sława? Trzeba patrzeć na to przez pół. Cieszy, gdy człowiek jest doceniany, fetowany, ale też niesie zagrożenia, bo jak się nie jest odpornym, odpowiednio uformowanym, to można stracić duszę. A ja akurat mogę coś o tym powiedzieć, bo swego czasu byłem tak popularny, że zaczęły czaić się demony, szepczące, że jest się niepokonanym, niemal panem świata. Na szczęście w porę udało mi się je odgonić. To, że jest się słuchanym przez tłumy, to wielka wartość, trzeba jednak odpowiednio ją wykorzystać. Poczucie, że jakieś pieśni wniosły coś w serca, w życie ludzi, to największa satysfakcja.
Podpisałby się Pan pod stwierdzeniem, że Pańska twórczość to jedno wielkie memento vitae, hołd oddany życiu?
- To bardzo trafna diagnoza. Jak najbardziej, to wynika z umiłowania życia i poczucia szczęścia, choć w mojej filozofii szczęście zawiera elementy cierpienia, będące integralną częścią życia. Nie ma szczęścia z obrazków katechizmowych, gdzie Pan Bóg siedzi na chmurce, czy jak w islamie: z kranów leci whisky, kobiety są dostępne w nieograniczonych ilościach...
To utopijna wizja.
- Oczywiście, że tak. Całkowicie osadzona w dziecinnej świadomości. Ja jestem dorosły i mogę jedynie cieszyć się swoją ufnością. Do tej pory życie nie kazało mi patrzeć na bliźniego sceptycznie, przez pryzmat ewentualnego zła, jakie może mi wyrządzić. Zdarzało mi się ponieść klęskę, podchodząc do życia w ten sposób, ale bardzo rzadko. Najczęściej to działa.
Często podkreśla Pan, że trzeba cieszyć się codziennością...
- Tak, tyle że moje teksty są pobożnymi życzeniami. Ja je wypowiadam do nas wszystkich, od siebie począwszy. Jestem człowiekiem grzesznym, z którego w wielu przypadkach nie należy brać przykładu, ale jak udaje mi się przekraczać siebie, to zawsze owocuje to 10-krotnie większą odpłatą. Wierzę w to i w moim życiu to działa, a skoro tak, to rodzi się potrzeba, żeby "podać dalej". W ostatnich latach odeszło kilka bliskich mi osób. To zaczęło powodować, że zacząłem dostrzegać i doceniać każdą godzinę, być bardziej tu i teraz niż do tej pory, bo zobaczyłem jak kruche jest życie.
Skoro "życie to krótki sen", jak najlepiej wykorzystać dany nam czas?
- Najlepiej jak się da: dla dobra, piękna i miłości. Człowiek nie obejmuje całości, więc siłą rzeczy najpierw nasze czyny promieniują na najbliższych, a potem w każdym obszarze, gdzie spotykamy się z innymi. Dla mnie to się rozszerza, bo jak spotykam się z setkami osób na raz, to muszę kochać wszystkie osoby, a nie jedną.
Co dają spotkania z publicznością na koncertach?
- Przede wszystkim możliwość grania muzyki, przy czym muzykowanie jest czymś bardzo świątecznym, szczególnie gdy możemy muzykować w grupie, z moim doskonałym zespołem. Jednocześnie to wszystko dzieje się po coś: zaprosiliśmy ludzi i oni przyszli, więc wspólnie bierzemy udział w uczcie. Tworzy się sytuacja, którą trudno opisać słowami. Wychodzimy z koncertu i to coś jest w nas - i albo zostaje albo ulatuje, ale nigdy nie zdarzy się drugi raz tak samo.
Brzmi jak magia. Czuje Pan przepływ energii podczas koncertów?
- Oczywiście, i to właśnie jest bodaj najistotniejsza zapłata. Chleb jest rzeczą ważną, miło jest mieć dobre życie i nie ulega wątpliwości, że lepiej mieć pieniądze niż ich nie mieć, ale same byłyby pustym środkiem płatniczym. Człowiek ma potrzebę bycia pożytecznym. Dlatego ilekroć słyszę, że moja muzyka czy moje teksty dodały komuś wiary, okazały się ważne, cieszę się, że się przydały.
Sięgając po teksty klasyków, szuka Pan ponadczasowej mądrości i poszanowania dla wartości?
- Ja w ogóle czytam dużo poezji - dla przyjemności, oszlifowania języka i pewnego fermentu intelektualnego, ale nie czytam w poszukiwaniu czegokolwiek. Dopiero jak zetknę się z tekstem, który mnie zachwyci, przychodzi olśnienie, że muszę to nagrać. Tekst do śpiewania zjawia się znienacka. Zazwyczaj niezwykle ważne jest pierwsze zdanie. Weźmy takie: "Po moich marzeń niebie,/ po moich uczuć łunach,/ ja przeprowadzę ciebie,/ jak melodię po strunach" - samo woła, żeby wziąć je na warsztat.
Melodia pojawia się równie nagle?
- Nie, nie od razu. Jak już znajdę taki tekst, który mnie oczaruje, zadziwi, szybko uczę się go na pamięć. Muszę go poznać. Poezja ma to do siebie, że jest esencją, skondensowaną złożoną myślą, którą trzeba dobrze rozgryźć, a to wymaga czasu. Taki tekst kołacze mi się po głowie aż przyjdzie odpowiednia muzyka. Przed laty przeczytałem wiersz Miłosza "Który skrzywdziłeś", wyryty na pomniku poległych stoczniowców w Gdańsku i wiedziałem, że muszę go zaśpiewać. W zeszłym roku znowu natknąłem się przypadkiem na ten wiersz w starej gazecie i tym razem nie przepuściłem. Utwór pojawi się na najnowszym albumie, który ukaże się pewnie w maju.
Skoro mowa o nowościach, właśnie ukazał się specjalny jubileuszowy box "Rocznik?59". Czym kierował się Pan przy doborze płyt?
- Box zawiera selekcję 16 z 31 dotąd nagranych płyt - esencję mojej dotychczasowej twórczości. Jeden z albumów jest zbiorem bootlegów, nie wydanych wcześniej nagrań. Inwentaryzacja dała niesamowite efekty. Wśród utworów jest mój solowy koncert z ?79 roku, utwory archiwalne z triem Karolaka, z Yaniną. Dla mnie samego było zaskakujące, że tyle się tego nagromadziło przez lata. Niektóre ze względu na jakość nie nadawały się do publikacji, ale te, które po technologicznych udoskonaleniach udało się uratować, są niepowtarzalne. Pierwsze, jazzowe albumy pominąłem, gdyż one stanowią odrębną grupę, nie oddają jeszcze mojej osobowości muzycznej.
Postawił Pan na autorską twórczość?
- Nie do końca. Pieśni wielkopostne czy kolędy są własnością ludzkości. Po "Tryptyku" nagrałem relaksacyjną płytę "Soyka sings love songs" z coverami znanych piosenek. Agressiva nadała im ciekawy nowoczesny kontekst, a ja śpiewałem na stojąco niczym Frank Sinatra (śmiech).
Zatem nie odcina się Pan od coverów?
- Ależ skąd. Zawsze powtarzam, że pieśni są po to, by je śpiewać i często sięgam po nie swoje utwory: Dylana, Wondera, moich ukochanych idoli z młodości i nie widzę w tym nic złego. Zacząłem się też interesować polskimi wykonawcami. Pracuję nad Niemenem, z Wojtkiem Majewskim współpracuję nad monografią Grechuty w moim ujęciu. Uważam, że to, co Raz Dwa Trzy zrobili z Osiecką i Młynarskim, to wspaniałe rzeczy. Pamiętam czasy, gdy recenzenci pisali, że Sojce skończyła się wena, bo zamieścił dwa utwory Dylana na swej płycie. Cieszę się, że takie podejście się zmienia. Przecież o to chodzi, by kolejne pokolenia ożywiały wielkich twórców.
Dziś śpiewanie cudzych piosenek otwiera drogę na scenę uczestnikom muzycznych programów dla amatorów typu "Idol" czy "Fabryka gwiazd". Jak postrzega Pan rynkowe poczynania gwiazd wylansowanych tą drogą?
- Często stają się sławni ku swojemu nieszczęściu. To droga budowana od niewłaściwej strony. To są zjawiska, których nie przerabialiśmy, a wprowadzamy, chcąc dorównać Zachodowi. Swego czasu pojawiło się disco polo. I cóż to komu przeszkadzało? Dlaczego obrażać się na taki objaw muzyki ludowej? Wszyscy mają swoje miejsce na rynku. Uczestnicy tego typu programów są w gruncie rzeczy biedni, bo te wszystkie show rozniecają nadzieje, wyobrażenia o karierze. Dostają swoje 5 minut i są wszędzie, choć ja często nie znam ani jednej ich frazy. Ale mnie to akurat nie martwi, bo ja nie mam czasu, żeby to śledzić. Szmira zawsze istniała, bo jest za darmo, i zablokować się tego nie da.
Ale są też wybijające się talenty wśród twórców młodego pokolenia?
- O, tak. Ostatnio ujawnili się niesamowici młodzi pianiści, choćby Marcin Masecki - nieprawdopodobny artysta, który powoduje, że gwar klubowy cichnie i cała uwaga skupia się na nim. Z popularnych twórców młodego pokolenia wymieniłbym Pogodno, Kasię Nosowską, Kaliber44. Podobają mi się poczynania Habakuka, choć to też już chłopcy pod trzydziestkę. Jest wiele młodych artystów, na których można wskazać. Trzeba tylko uporządkować i rozgraniczyć pewne zjawiska. Dla mnie na przykład Dody nie powinno się rozpatrywać z punktu widzenia muzycznego, tylko jako postać medialną.
Ostatnio Pana muzyczną przygodą było nagranie piosenki "Waluta" na płytę zespołu Krakowski, będącą, jak sam Pan określa, "niewinnym flirtem z muzyką reggae". Minimalistyczny, powtarzany niczym mantra tekst wynika z przekonania o sile przyzwoitości, czy jest raczej wołaniem o nią?
- Zdecydowanie z przekonania. Staram się obracać tą walutą i czuję się w niej rozliczany. To najkrótszy tekst, jaki udało mi się napisać, a zarazem prawda warta polecenia, czy raczej przypomnienia. Podobnie, nie wymyśliłem sam "Żeby żyć, siebie samego trzeba dać", w istocie to słowa Chrystusa, o których warto pamiętać. Takich treści jest znacznie więcej. A samo reggae to cudna muzyka. Pamiętam swój pierwszy walkman z kasetą Boba Marleya. W 1979 roku usłyszałem go po raz pierwszy. Szedłem ulicami Kolonii, nucąc "Stir it up" jak świr, a wszyscy się na mnie gapili.
Na swej drodze spotkał Pan wielkie osobowości. Koncert przed papieżem, osobiste wręczenie płyty z sonetami Szekspira królowej Elżbiecie II. Jak ważne to dla Pana epizody?
- To wyjątkowe i bardzo świąteczne chwile, dające każdorazowo wzniosłe uczucie, że istnieje wielkość, daleka ponadprzeciętność, będąca dla nas siłą. Spojrzenie Ojca Świętego - człowieka w chwili naszego spotkania słabego i bardzo chorego - było spojrzeniem królewskim: ojcowskim, dobrym i mocnym jak skała. To spojrzenie po prostu mnie przebiło. Takie chwile pozostają na wieki.
Do Soyka Sextet dołączyli Pana synowie: Kuba i Antek. Trudno wyjść z roli ojca i wcielić się w szefa?
- Niespecjalnie. Takie wyjście z roli ojca powinno nastąpić, gdy syn sam da wyraźne znaki. To nastąpiło, gdy mój syn miał 21 lat i jeszcze nie grał u mnie w zespole. W odpowiedzi na którąś moją komendę usłyszałem z jego ust, że jeżeli chcę, by zaczął szukać swojej drogi, muszę przestać być trepem, czyli kapralem. Wtedy zrozumiałem, że czas zacząć uczyć się nowych rzeczy i zaprzyjaźnić z moim synem. Musiałem pójść na ustępstwa, bo zależało mi na bliskości naszych relacji. Poza tym Kuba jest mi bardzo przydatny w zespole. On będzie się mógł rozwijać, ale już jest niesamowity - ma mój puls muzyczny, robi świetne harmoniczne cienie, ma niemal identyczne brzmienie głosu. Krew z krwi po prostu.
Codzienne role: ojca, artysty, szefa gra się bez przygotowań. Co innego film. Jakie są Pana wrażenia po udziale w najnowszym obrazie Doroty Kędzierzawskiej?
- To jednorazowa przygoda. Aktorstwo jest wielką sztuką, trzeba mieć warsztat. W teatrze nie miałbym nic do powiedzenia. W filmie spróbowałem, bo można się cofać, powtarzać ujęcia. Za pierwszym razem odmówiłem, ale ostatecznie skusiła mnie poruszająca epicka opowieść o istotnym problemie prawa emigracyjnego w Polsce. Dodatkowo trafiłem na dobrego reżysera. Dorota jest wprawna w prowadzeniu dzieci i niezawodowych aktorów. Po tym doświadczeniu jeszcze bardziej błogosławię fakt, że jestem muzykiem, bo praca w filmie to mordęga. Żeby nieść ten trud, trzeba być powołanym aktorem. Tak jak ja jestem muzykiem z powołania.
O czym marzy Stanisław Sojka?
- Właściwie niczego mi nie brakuje. Pan Bóg dał mi wszystko, co chciałem. Jestem szczęśliwy. Marzę jedynie, żeby być zdrowym i żebym mógł muzykować dopóki żyję. Nie wyobrażam sobie, żeby muzyka zniknęła z mojego życia, żebym nie mógł w niej uczestniczyć.
Rozmawiała Małgorzata Szerfer
Fot. Andrzej Tyszko /1/, Piotr Biernas /1/ |