Ekskluzywny magazyn - Ważne wydarzenia

Strona głównaO VIPieRedakcjaReklamaMapa stronyWydawnictwo

  

Rozmowy VIPa
Ambasadorzy
Podróże VIPa
Styl VIPa
Gadżety VIPa
Auto dla VIPa
Okiem VIPa

Jeśli chcesz otrzymywać newsletter Magazynu VIP, wpisz swój adres e-mail:
  

Zobacz, jak wygląda VIP

ANDRZEJ PĄGOWSKI - Społecznik i reporter w szacie grafika


Rozmowa z Andrzejem Pągowskim, autorem znanych plakatów, który na najbliższej wystawie zaskoczy malarskim debiutem

Po ukończeniu wydziału plakatu związał Pan swoją twórczość z tą formą wizualną. Obecny dorobek ponad tysiąca plakatów zawiera się w różnych kategoriach tematycznych. Co uznałby Pan za wspólny mianownik swoich prac?
- Plakat nie pojawił się tak od razu. Studiowałem malarstwo, święcie przekonany, że będę malował obrazy, bo to właśnie robi artysta. Dopiero gdy poznałem Waldemara Świerzego, współtwórcę polskiej szkoły plakatu, zrozumiałem, że nie jestem stworzony do tworzenia obrazów, które się maluje i czeka na reakcję. Z malarstwa przepisałem się na grafikę użytkową. Dyplom robiłem, mając już ponad dwadzieścia plakatów zrealizowanych drukiem. Profesor Świerzy zaskoczył mnie, wręczając mi medal z biennale w Brnie, który zdobyłem za jeden z plakatów dyplomowych. Początek był więc mocny i dość dynamiczny. Potem zacząłem próbować: ilustracji, rysunków satyrycznych, ale szybko uznałem, że w plakacie czuję się najlepiej i ta forma daje mi największą frajdę. Moje prace wyróżnia to, że ktoś musi chcieć, aby powstały. Nieważne, czy to ilustracja do gazety, plakat teatralny, filmowy czy okładka płytowa. I to jest ten wspólny mianownik.
Pasja tworzenia dla kogoś, na zadany temat, pozostała do dziś, przy czym za każdym razem podchodzę do zlecenia z jednakowym zaangażowaniem emocjonalnym i świeżym spojrzeniem. Chyba właśnie to łączy moje prace, gdyż nie jestem przywiązany do jednej stylistyki, cały czas coś zmieniam, szukam nowych środków wyrazu. Zrobienie plakatu do "Człowieka z żelaza" Wajdy, komedii "Och, Karol", spektaklu szekspirowskiego i farsy Mrożka wymaga zupełnie innych światów plastycznych. Ja wciąż je kreuję na nowo, więc jak ktoś przegląda moje portfolio, ma wrażenie, jakby moje plakaty robiło kilka różnych osób. Inni graficy, którzy zaistnieli w plakacie, wypracowali swoje charakterystyczne ścieżki. U mnie jest inaczej. Nie zakleszczam się w tym, co robiłem ileś lat temu. Nad fizycznym starzeniem się nie jesteśmy w stanie zapanować, lecz twórcze poszukiwania nowych dróg pozwalają zapobiec starzeniu mentalnemu, które wielu artystów w pewnym momencie dopada.

Czy satysfakcja z tworzenia po przeszło 30 latach jest porównywalna z tą, jaka towarzyszyła Panu w początkach drogi artystycznej?
- Tak. Właśnie przez ciągłe poszukiwania, o których mówiłem. To podobnie jak z nową kobietą, miłością, kolejnym uniesieniem. Za każdym razem zakochuję się w nowym temacie i staram się utrzymać ten stan emocjonalny. Niekiedy, pracując nad zleceniem, spędzam przy komputerze dwa, trzy tygodnie, i gdyby nie termin, spędzałbym kolejne, szukając najlepszych rozwiązań. Emocje towarzyszą mi cały czas, a komputer pomaga mi je przełożyć na pożądany efekt.

Zbliża się jubileuszowa wystawa Pańskich prac. Będzie miała charakter przekrojowy?
- Trudno nazwać tę wystawę retrospekcją. Pomysł zrodził się z chęci zrobienia wystawy, która będzie odniesieniem do wystawy "Miasto plakatów" w Zachęcie, jaka miała miejsce dokładnie 20 lat temu, 4 dni przed zatwierdzeniem rządu Mazowieckiego i nastaniem nowych czasów. Z drugiej strony, po raz pierwszy chciałbym pokazać coś zupełnie nowego, mianowicie malarstwo, rzeczy, które robię nie na zamówienie. To ewenement w mojej twórczości. Na studiach malarstwo mnie nudziło, teraz sięgnąłem po tę formę, gdyż odkryłem dla siebie technikę, która w dużej mierze wpisuje się w malarstwo elektroniczne. Chciałbym pokazać około dwudziestu obrazów. Może nieznana odsłona mojej twórczości okaże się dla odbiorców atrakcyjna.

Jaka będzie ich tematyka?
- Kobiety. Wszyscy twierdzą, że w literaturze warunkiem dobrego dzieła jest nieszczęśliwa miłość. Z malowaniem jest odwrotnie. Trzeba być szczęśliwym. Należę do grona szczerze podziwiającego kobiety, nie tylko za ich fizyczność, lecz także za wiele cech, którym mężczyznom brak. Obok martwych natur akt kobiecy jest motywem dominującym w malarstwie i na tym temacie chciałbym się skupić, choć mam nadzieję, że pojawi się coś jeszcze, czego na razie wolę nie zdradzać.

Czy któryś okres twórczości uważa Pan za najbardziej inspirujący?
- Przy takim dorobku jak mój człowiek czasami analizuje swoje prace. Ostatnio nawet próbuję je zarchiwizować. Tyle, że nie potrafię patrzeć wstecz. Należę do ludzi, którzy nie lubią rzeczy, jeśli nie mają na nie wpływu. Jak coś jest poza moim zasięgiem, szkoda mi na to czasu. Dlatego niechętnie wracam do moich starych plakatów i robię tak mało wystaw. Moje plakaty mocno wiążą się z czasem, w którym są eksponowane na ulicy. Uważam się za grafika, który jest dziennikarzem upływającego czasu. Udało mi się zarejestrować i udokumentować całe spectrum istotnych w historii wydarzeń, od pierwszego lotu Polaka w kosmos, przez młode kino typu Holland, Kieślowski, czasy Solidarności, portrety Wałęsy czy papieża z racji jego wizyt w Polsce. Wszystko to pociąga mnie, gdy się dzieje, a gdy przeminie, patrzę na swoje prace jak na artykuły w gazecie sprzed lat.
Nie ma we mnie martyrologii, daleki jestem od rozdrapywania ran powstańczych, ale chciałbym, żeby ludzie zrozumieli, że druga wojna trwa do dziś. Skoro kłócimy się ze Steinbach o sprawy poniemieckie, są konflikty między Żydami, Niemcami, Rosjanami a Polakami, to znak, że wojna skończyła się na papierze, ale jej wpływ na dalsze losy ludzi cały czas istnieje. I mnie - człowieka, który nie przeżył wojny, bardziej interesuje, żeby pokazać jej długofalowy wpływ i przestrzec przed kolejną wojną, niż same wydarzenia z 1945 roku.
Tak samo z papierosami - nigdy nie paliłem i nie wiem, czym jest nałóg, a jestem autorem najbardziej kultowego plakatu "Papierosy są do dupy", który powstał, by zadeklarować, że nie chcę żyć w smrodzie, pod wpływem rzeczy, na które wpływu nie mam. Bardziej mnie interesuje przyszłość niż przeszłość. A przyszło mi żyć w ciekawych czasach. Nie zamieniłbym się, żeby startować teraz. Czasy PRL-u, niezależnie od tego, jakie były politycznie, od strony kultury były bardzo twórcze.

Rysunki satyryczne są odpowiedzią na absurdy rzeczywistości?
- Tak, te absurdy bardzo mnie bolą. W moich plakatach jest dużo satyry i złośliwości. Często rysuję, aby skomentować zjawiska, które mnie wkurzają, lub zakpić z realiów. Kocham język polski i zabawy nim, toteż często wyszukuję gry słowne, które pozwalają wydobyć śmieszność pewnych sytuacji. Ostatnio rozmowy zdominował kryzys, a łatwo, szczególnie grafikowi, przełożyć ten kryzys na zysk. Warto unaocznić, że to od nas zależy, jak go przetrwamy. Jeżeli spróbujemy dopchać na koniec "k" i zamienić "kryzys" choćby w częściowy "zysk", to wyjdziemy na tym lepiej niż załamując ręce. Ten rysunek jest swoistą wizytówką mojego podejścia do życia i już zdobył naśladowców.

Czy prowadzenie agencji reklamowej może zagrażać swobodzie kreacji?
- Firma nazywa się "Kreacja Pro", co sugeruje, że jest "dla". Wiadomo, że agencja to klient, a klient, to wymagania, więc robię to, czego oczekuje klient, choć oczywiście do pewnego stopnia. Wpadki raczej się nie zdarzają, bo większość klientów wie, kto stoi za agencją i czego mogą się spodziewać. Jeśli klient chce, żebym sygnował pracę swoim nazwiskiem, rozmowa wygląda zupełnie inaczej i pewne ustępstwa nie wchodzą w grę.

W przypadku rozmów o sztuce, zwłaszcza sztukach plastycznych, często powraca kwestia wolności artystycznej. Dla Pana istnieją nieprzekraczalne granice?
- Granice wyznaczają inni. Ostatnio zrobiłem dość erotyczny plakat do "Niebezpiecznych związków", który bardzo ładnie przeszedł po mieście, ale tylko do momentu, aż społeczność jednego z budynków zaprotestowała, doszukując się pornografii. Tam jest delikatny erotyzm, ale ludziom wszystko się kojarzy. Cóż, to, co kto czyta, kształtuje jego myśli i odbiór świata. Uważam, że erotyka to podstawa szczęśliwego życia, ale wiąże się też z granicą, którą ludzie najbardziej dostrzegają i atakują. Co ciekawe, w portfolio mam mnóstwo prac z lat 70. i 80., które dziś nie miałyby szans, żeby zaistnieć, a przy ówczesnej cenzurze przechodziły. Okazuje się, że wcale nie zniszczyliśmy cenzury, lecz ją zwielokrotniliśmy. Dziś nie jestem w stanie przewidzieć, komu dany plakat będzie przeszkadzać, kogo obrazi. Zainicjowali to politycy, a za nimi idą szarzy obywatele, którzy, burząc się i protestując, zyskują poczucie władzy.

Chętnie angażuje się Pan w kampanie społeczne. Wszyscy znają słynne "Papierosy są do dupy", "Zażywasz - przegrywasz", "Jest ok, nie pękaj". Przekaz ma wpływ na decyzję o podjęciu wyzwania?
- Żadna z kampanii, które robiłem, nie wynikała ze zlecenia. Angażuję się, bo chcę zareagować na coś, co mnie wkurza i drażni. Najgłośniejsze kampanie były całkowicie nonprofitowe, wymyślone przeze mnie. Jeżeli Pan Bóg zbiera punkty, to chyba mam taki punkt za kampanię billboardową mojego pomysłu, obrazującą kij baseballowy z podpisem: "Służy do grania, nie do zabijania". Była ona reakcją na pobicie kijem syna mojego znajomego, a w tym samym czasie zabicie w ten sposób studenta na Śląsku. Parę lat temu za parę złotych można było kupić w sklepie kij bez żadnych certyfikatów, który nie nadawał się do gry, i sprać nim kolegę. Wskutek akcji weszła w życie ustawa i dziś już takiego kija się nie kupi. Z mojego zaangażowania wyniknęła sytuacja prawna, która położyła kres tej chorej sytuacji. Inne akcje społeczne też były naturalnym odruchem, skutkiem mojego przywiązania do tematu i potrzeby wypowiedzenia głośno: "Ja też się z tym nie zgadzam".

A forma? Czy w przypadku jednego przekazu liczy się moc siły wyrazu, a innego - minimalizm?
- Zdecydowanie tak. Do niektórych tematów bardziej pasuje prostota, do innych - rozbudowana forma. Dziś przechodzę do bardziej znakowych przekazów. Uważam, że współcześnie ulica jest aż nadto przeładowana.

Lubi Pan sięgać po utrwaloną symbolikę?
- W naszym kraju jest pełno symboli, ale trudno je wykorzystać, bo społeczeństwo nam zgłupiało i mniej odczytuje symboli, kiedyś łatwo rozpoznawalnych. W czasach oficjalnej cenzury Polacy byli wyuczeni, że za wszystkim kryje się drugi sens. Dziś umiejętność czytania między wierszami zanika. Wówczas można było przemycić więcej symboliki. Teraz, robiąc plakat do nowej wersji "Lotu nad kukułczym gniazdem" dla Teatru Powszechnego, chciałem nawiązać do ikonografii Chrystusowej i napotkałem opór. Skończyło się na nawiązaniu znacznie mniej dosadnym niż zamierzałem.

Na mieście można oglądać Pana billboardy w ramach kampanii "Zwierciadła" "Wolni od stresu". Pan czuje się człowiekiem wolnym?
- Skąd. Podjąłem się tej realizacji, bo sam mam mnóstwo stresów, i staram się te czarne kruki z głowy wywalać. Stres powstaje wtedy, gdy pozamykamy w umyśle okna. Cała sztuka polega na ich otwarciu i wyrzuceniu tego, co negatywne. Są ludzie, którzy sytuacje stresowe ubóstwiają i nakręcają się nimi. Ja nie jestem zwolennikiem rozpamiętywania. Wolę szybko przejść nad tym, co się stało, do porządku dziennego. To trudne, ale potrzebne.

Na początku odrzucił Pan malarstwo, by teraz do niego wrócić. Czy są jeszcze jakieś eksperymenty, które się Panu marzą?
- Jestem dzieckiem szczęścia, więc wiele marzeń zrealizowałem. Jeśli chodzi o sztukę, jest mało rzeczy, których nie próbowałem.

Była nawet praca przy scenografii...
- To były fajne czasy. Namówił mnie do tego Janek Machulski i tak sobie myślę, że chętnie bym do scenografii powrócił. Ale tym razem z wielkim rozmachem, jak Kudlicka dla Trelińskiego. Bo choć robiłem projekty hitowe, jak "Zapiski więzienne" kardynała Wyszyńskiego, to jednak kameralne.

Rozmawiała Małgorzata Szerfer

Fot. Kulikowski/Zolinski photography (Przemysław Kulikowski i Filip Żołyński)


Magazyn VIP to: Ekskluzywne czasopismo, kluby, marki, samochody | Elegancja | Ludzie biznesu | Luksusowy magazyn | Moda gwiazd Podróże artykuły |
Polskie gwiazdy | Profesjonalne salony urody | Relacje z podróży | Stylowe wyposażenie | Światowe sławy | Turystyka i rekreacja
Copyright by VIP Polityka, Biznes, Fakty (c) 2006 - Wszystkie prawa zastrzeżone. Projekt i wykonanie: Vega Internet Studio
Za pozycjonowanie tego serwisu odpowiada Sunrise System.