 Jest jedną z najbardziej wyrazistych piosenkarek na polskiej scenie. Lubi eksperymentować muzycznie, ale kompletnie nie widzi się w utworach dance czy country, nie wspominając już o disco polo. Od kilku lat Małgorzata Ostrowska występuje samodzielnie, śpiewając takie przeboje, jak: "Lawa" czy "Słowa, jak węże do ucha". Sławę przyniosła jej na początku lat 80. grupa Lombard. W ciągu 9 lat na Liście Przebojów Programu III umieściła z zespołem ponad 30 hitów. Gdyby je wszystkie dodać, okazałoby się, że gościły na niej nieprzerwanie przez cztery lata
Solową karierę rozpoczęła Pani wydając rok po roku trzy longplaye, by potem zamilknąć na sześć lat. Co było tego powodem?
- Brak nowej płyty nie oznaczał w moim przypadku, że przestałam śpiewać, bo bardzo dużo koncertowałam. Jako że jestem współtwórcą, autorką tekstów, potrzebuję dopingu, by stworzyć nowy materiał. Takiego bodźca nie potrafiłam w sobie przez długi czas znaleźć czy z siebie wykrzesać. Przyznaję jednak, że podejmowałam próby nowych nagrań. Ba, w dużej mierze taki materiał na nową płytę miałam nawet już przygotowany. Niestety, nie byłam z niego do końca zadowolona i najzwyczajniej w świecie powędrował... do kosza.
W pewnym momencie jednak moje drogi skrzyżowały się z Jasiem Kidawą, który jest teraz gitarzystą w moim zespole. Wyczekiwałam takiej osoby jak on. Łączy nas podobne myślenie muzyczne, ta sama wrażliwość artystyczna. Udało nam się razem stworzyć coś pasjonującego. Efektem tych poszukiwań było powstanie płyty "Słowa", którą Jasiu też wyprodukował. Śmiało mogę stwierdzić, że instrumentalnie płyta w co najmniej 80 proc. też jest jego zasługą.
Naprawdę wyrzuciła Pani poprzedni materiał?
- Tak.
I nie szkoda było?
- Było, ale to był dobry ruch.
Czy te zniszczone utwory pojawiają się czasami jeszcze w Pani głowie?
- Jeden z nich - "Prawdy" - zdążyłam jeszcze umieścić na płycie "Moja kolekcja". Swego czasu dwie lub trzy piosenki graliśmy na koncertach, ale teraz są one już tylko wspomnieniem.
Czy takie zachowanie można powiązać z perfekcjonizmem, dążeniem do poznańskiej dokładności?
- Akurat nie. W muzyce nie ma właśnie miejsca na taką precyzję, w samej produkcji później już tak. W tamtym materiale doskwierał mi brak czegoś ulotnego, tej odrobiny finezji i swobody. Niby wszystko można później dopracować, ale... Dziś zdecydowanie uważam, że zrobiłam dobrze i warto było szukać i czekać.
Jaka jest muzycznie Małgorzata Ostrowska: drapieżna czy liryczna?
- Na pewno spokojniejsza, bo starsza i, co za tym idzie, więcej już o sobie wie. Mówię to też z punktu widzenia autorki tekstów. Słowa są tą częścią piosenki, która absolutnie dociera do końca; z tego, co przekazuję w słowach, nie mogę się już potem wycofać.
Trudno byłoby mi tworzyć teraz teksty takie jak na przykład w latach 80., czy takie, które popełnia 20-letni człowiek, bo inaczej rozumuję. Inaczej widzę świat. Nie potrafiłabym teraz krzyczeć i być przeciwko światu, bo w dużej mierze otaczające mnie środowisko jest ukształtowane przeze mnie.
Lubi Pani eksperymentować: jazz, ostry rock, blues. Czym jeszcze Pani zaskoczy?
- Niedawno w Legnicy wykonałam moje piosenki z chórem a cappella, to było niesamowite doświadczenie. Zdarzyło mi się też zaśpiewać "Szklaną pogodę" z kwartetem smyczkowym. Pomysł zrodził się spontanicznie w pięć minut, podczas spotkania z Kabaretem Grupa MoCarta. Od momentu prób i zaaranżowania utworu do jego wykonania minęła ledwie godzina. Myślę że w tych próbach i poszukiwaniach nie będę ustawać.
W takim razie w jakiej stylistyce nie widzi się Pani w ogóle?
- Nie odpowiada mi żadnym razie dance, disco polo czy country. Nie cierpię country.
Śpiewa Pani "Tak lubię być kobietą". Co znaczy nią być? Jest miejsce na prozę życia, na przykład kuchnię?
- Kobieta stanowi szersze pojęcie, a nie łączy się tylko z kuchnią i dziećmi. Kobieta jest przepełniona wrażliwością niedostępną dla mężczyzn. Nie oznacza to jednak, że stronię od gotowania.
Popisowe danie?
- Kurczak w sosie z rodzynkami, czosnkiem i ziołami, tzw. kurczak po ostrowsku. Lubię też przyrządzać potrawy zapiekane, na przyklad zupę cebulową, solę z krewetkami itd. Czasem korzystam z gotowych przepisów, ale z reguły je modyfikuję. Rodzina jest zadowolona z moich posiłków, nawet bardzo.
Prowadziła Pani sklep ze swoją odzieżą?
- Dawne czasy. To był fajny pomysł. Od zawsze szyłam i projektowałam stroje na estradę, włącznie z butami. Chciałam z moimi wzorami wyjść do ludzi. Choć nie było konkurencji, to jednak młodzież w tamtym okresie nie miała zbyt wielu pieniędzy. Nie udźwignęłam tego finansowo. O ile samo projektowanie i nadzór finalny nad kreacją sprawiały sporo satysfakcji, to już zapewnienie pełnej oferty towarowej, szukanie dostawców i sprawy finansowo-zarządcze stanowiły niewdzięczne zajęcie.
Ma pani czarne płyty Lombardu?
- Mam.
Słucha ich Pani czasem?
- Nie, bo nie mam gramofonu. Zresztą w ogóle nie przepadam za słuchaniem nagrań ani Lombardu, ani swoich solowych, choć mogłabym, bo przecież są wznowienia na CD. Wyjątkiem jest mój ostatni album. Raczej słucham innej muzyki - Muse, Placebo, ColdPlay, Garbage, System of a Down. Duża różnorodność.
Które piosenki na koncertach wymuszają fani: te stare z Lombardu, czy Pani solowe dokonania?
- Opinie są z reguły podzielone, co mnie bardzo cieszy. Oznacza to, że Ostrowska jeszcze się nie skończyła. Na bis z reguły wybieram świeże utwory, choć bywał też grany "Pingwin". Na szczęście mam tak duży repertuar, że mogę go ciągle zmieniać, i nie muszę się martwić, że kiedyś powieje nudą na koncertach.
A właśnie. "Taniec pingwina na szkle" napisał Jacek Skubikowski? Łączyła was szczególna więź, Wasza wrażliwość była tożsama?
- To jest jeszcze zupełnie coś innego. Wielu jego tekstów w ogóle bym nie wykonała, moje teksty są zupełnie odmienne. Ale są też jego piosenki, pod którymi mogę się podpisać obiema rękami i nogami. Jacek Skubikowski był dla mnie bardzo istotną osobą. To on przekonał mnie do pisania. Do dziś pamiętam naszą rozmowę na ławkach amfiteatru w czasie festiwalu w Opolu. Tłumaczył mi wtedy, że bez względu na to, jak kulawe i nieskładne będą na początku moje teksty, nie mogę poddawać się i rezygnować z pisania. "To twoje myśli i twój przekaz" mówił. Artysta wtedy jest wiarygodny w tym, co robi.
Czy istnieje szansa na zakopanie topora wojennego z Grzegorzem Stróżniakiem z Lombardu?
- Od pewnego czasu jest to niemożliwe. Chyba padło zbyt wiele złych i gorzkich słów. Nie rozumiem, dlaczego i komu to było potrzebne, ale stało się. Z byłymi członkami Lombardu, oprócz Grzegorza, łączą mnie towarzyskie i przyjacielskie kontakty. Z Wandą Kwietniewską nadal się spotykamy i plotkujemy czasami. Zdarza mi się śpiewać w nowych formacjach moich kolegów, czasem oni gościnnie grają w moim zespole. Muzyka to bardzo żywa i płynna materia.
Niedawno do jednej z gazet ogólnopolskich dołączono płytę z biografią zespołu. Dziwi mnie, że pismo aspirujące do obiektywnego wydaje z założenia nieobiektywną historię grupy, bo powstałą na podstawie relacji jednego z członków. A wiadomo, że istnieją co najmniej dwie strony ją tworzące.
Gdy w latach 80. mówiono, że w Polsce są dwie Ostrowskie: Pani i Kora, które potrafią ostro śpiewać, odczuwała Pani to jako komplement, czy drażniło Panią takie porównanie?
- Korę lubię i bardzo cenię za to, czego dokonała na estradzie z Maanamem. Nie spotkałyśmy się nigdy na żadnej imprezie, nie poznałyśmy osobiście. A przecież w latach 80. i 90. minifestiwale, zloty muzyczne, gdzie grało po kilka, kilkanaście zespołów, były na porządku dziennym. Najwidoczniej ktoś tego starannie dopilnował.
Rozmawiał Przemysław Kurszewski
Fot. Kapif 
|