 Mimo że budzi konotacje bardziej aktorskie niż muzyczne, wydaje trzecią płytę. Kiedyś postanowił, że nie będzie aktorem, żeby nie ścigać się z tym, co osiągnął ojciec. Bo to jak próba pocałowania się z rozpędzonym metrem
Rafale, Twój dom dawał Ci poczucie siły?
- Mimo wszystko tak. I ten rozbity, w którym wychowałem się z matką, i później mój dom, jeden i drugi. Zawsze dom jest lepszy niż takie cygańskie życie.
Charakterologicznie jesteś bardziej podobny do ojca czy matki?
- Trudno powiedzieć. Chyba, jak to zwykle bywa, jestem wybuchową mieszanką tych dwóch osobowości.
I taka też krąży opinia na Twój temat, że niełatwo się z Tobą współpracuje. W pewnym momencie woda sodowa uderzyła Ci do głowy?
- (śmiech) Coś, coś...
...jest na rzeczy?
- Powiedzmy, że nie należałem do ludzi najłatwiejszych we współpracy. Może też nie będę należał. Tego nie wiem. Niemniej było ze mną trochę kłopotów. Owszem, owszem... Miałem słabsze momenty.
Czym one były spowodowane?
- Trudno powiedzieć. Każdy ma w życiu takie chwile. Chyba przeżyłem to, że w mojej ukochanej branży, czyli muzyce, nie za bardzo można było cokolwiek zdziałać. Rynek strasznie się załamał. Próba reaktywacji Redsów też nie wypaliła. I skupiłem się na działalności, która była dla mnie zastępcza, a tak naprawdę - medialnie czy zawodowo - stała się podstawową, czyli na aktorstwie. Przyszły pierwsze sukcesy z tym związane, główne role, nagroda Cybulskiego. Ale nadal byłem lekko sfrustrowany, że nie robię kariery tam, gdzie chcę, i na czym najbardziej mi zależy, tylko w branży, co do której zawsze byłem przekonany, że nie chcę w niej zaistnieć. I ta cała sytuacja podziałała dość zapalnie na moją podświadomość. Do tego trochę alkoholu... i stąd te wybryki.
To by wskazywało na pewne podobieństwa do Twojego ojca. Znany był z kilku wybryków, a szczególnie jednego głośnego.
- W pewnym sensie tak. Natomiast on ma to do siebie, że kiedy już pracuje, tylko i wyłącznie oddaje się pracy. Jest zwierzęciem planowym, aktorskim. Dla niego praca to całe życie, supermega najważniejsza. Myślę nawet, że zlała mu się już z rzeczywistością. Natomiast dla mnie było zawsze tak, że praca, owszem, jest istotna, ale są jeszcze inne rejony w życiu, o które też należy dbać: życie osobiste, rodzinne, duchowe, przeróżne. W każdym razie na pewno nie jest u mnie tak, że realizujemy siebie i istniejemy jako ludzie wtedy, kiedy jesteśmy tylko w pracy.
W odbiorze większości, budzisz konotacje zdecydowanie bardziej aktorskie niż muzyczne, mimo że wydajesz już trzecią płytę.
- Wydaję z częstotliwością mniej więcej co dziesięć lat. Zespół już nie istnieje i chyba już nigdy nie będzie istniał jako Reds, chociaż z drugiej strony, nigdy nie mów nigdy. W każdym razie teraz wydaję pierwszą solową płytę. Co ciekawe, w składzie z Redsami debiut przypadł na gorące czasy, bo w 1989 roku. Wtedy wydawcą była firma polonijna, bodajże nazywała się Arston. Mimo że nakłady mocno spadły w porównaniu z tym, co było w latach 80., to jednak oficjalnie zostało sprzedanych 30 tysięcy egzemplarzy samego winylu. To były ciekawe czasy. W ówczesnych warunkach ustrojowych wytwórnia właściwie przez nikogo nie była kontrolowana i w rzeczywistości tłukła dużo płyt na lewo.
Czy to oznacza, że padłeś ofiarą dzikiego kapitalizmu?
- Coś w tym rodzaju. To jest nawet zabawne. Kiedy spotykam kogoś, kto pamięta tamte czasy, potwierdza tę "prawidłowość". Także dużo musieli tego "dodrukować". W tym samym roku ta sama firma wydała płytę De Mono ?Kochać to nie znaczy zawsze to samo", która okazała się hitem. Zespół gromadził nawet dowody na to, że podwójnie im ten nakład sprzedano, czyli tylko połowę wykazano w papierach.
A w jakich okolicznościach powstała Twoja druga płyta?
- Zebraliśmy się po latach w składzie prawie takim samym jak w 1989 roku i nagraliśmy krążek jako zespół Reds. Niestety, wszyscy byliśmy o dziesięć lat starsi, strasznie poukładani, a przy tym każdy z osobna niesamowicie zapatrzony w siebie. I tu mówię wersję dyplomatyczną, jaką należy po latach lansować: zespół muzyczny nie wytrzymuje samych liderów. Ktoś musi być liderem, a ktoś inny basistą czy perkusistą. Rozsadziło nas od wewnątrz. Każdy chciał być szefem, kierownikiem, decydować, w którą stronę mamy zmierzać. Konflikt o władzę nas położył.
Teraz wydajesz trzecią płytę. Czujesz się jeszcze obciążony swoim nazwiskiem?
- Nie ma co się wygłupiać. Oczywiście, że tak. Jest to pewne obciążenie. Wielu ludzi być może po przeczytaniu tego, co powiedziałem, stwierdziłoby, że chcieliby mieć takie obciążenie. Naturalnie są pozytywy, natomiast generalnie rzecz biorąc, całe życie ciągną się za mną jakieś sympatie ze strony ludzi, którzy lubią mojego ojca, czy animozje ze strony osób, które go nie lubią. Przy tym często nic o mnie nie wiedzą, kompletnie mnie nie znają i przekładają na mnie swoje odczucia.
Narzekasz?
- Nie narzekam. Od samego początku, 15. roku życia, kiedy zacząłem działać zawodowo i stawiać pierwsze kroki w szeroko pojętym show-biznesie, walczę sobie po swojemu, pracuję na swoją odrębność. I to zaowocowało. Może nie jakimiś gigantycznymi sukcesami, ale przynajmniej odrębną charakterystyką.
Przez te lata nie narastało w Tobie poczucie, że nie dorównasz ojcu?
- Trudno mi odpowiedzieć na tak postawione pytanie. Dlatego kiedyś sobie postanowiłem, że nie będę aktorem, żeby nie ścigać się z tym, co osiągnął ojciec. To jakby próba pocałowania się z rozpędzonym metrem.
Ale paradoksalnie...
- ...paradoksalnie los ze mnie zakpił i pokazał, że nigdy nie wiemy, co nam się w życiu przytrafi. Uczynił mnie na jakieś dziesięć lat "prosperującym aktorem". Interesujące, bo porównania z ojcem i wypominania skończyły się tak naprawdę z chwilą, kiedy zacząłem grać w filmach. Nie mam pojęcia na czym to polega, ale przestano mnie tak publicznie przedstawiać. Temat o tym ciężarze gatunkowym jakby wyparował.
Co Cię zapewne bardzo ucieszyło...
- Oczywiście, ponieważ zastanawiałem się, czy w ogóle wchodzić do tej rzeki, jeszcze przed pierwszą rolą w ?Rozmowie z człowiekiem z szafy" Mariusza Grzegorzka. Notabene oryginalnym obrazie i na wysokim poziomie. Miałem wówczas bardzo mieszane uczucia. I pamiętam Xawery Żuławski, wtedy był asystentem reżysera, w ogromnych męczarniach namówił mnie do tej roli. A ja kompletnie nie byłem do niej przekonany. W efekcie okazało się, że jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności przestano mnie porównywać z ojcem i z perspektywy uważam, że warto było tę przygodę zaliczyć.
Rozumiem, że Xawery Żuławski to Twój przyjaciel.
- My od dzieciństwa mamy zaprzyjaźnione ze sobą rodziny. Moja mama przyjaźniła się z jego mamą, mój ojciec z jego tatą.
Zapewne więc czytałeś głośną "Krytykę polityczną" Andrzeja Żuławskiego, w której wsadził przysłowiowy kij w mrowisko i obrzucił błotem wiele nazwisk z branży filmowej?
- Tylko fragmenty. Chętnie poczytam o tym bajzlu naszym środowiskowym. Jeśli chodzi o filmy Żuławskiego, nie jestem jego fanem. To chyba rodzinne, bo ojciec też nie. Natomiast co do jego przenikliwego intelektu, jestem jego fanem i myślę, że napisał coś ciekawego.
Między innymi to, że Englert i Zapasiewicz to nudziarze i kiedy widzi ich na ekranie, przełącza telewizor na inny kanał.
- Myślę jednak, że on to dalej gdzieś zgłębia. Ale ja powiedziałbym tak, jeśli muszę się do tego odnieść: Englert - nudziarz, Zapasiewicz - niezupełnie... Nie przełączam na inny kanał, gdy widzę Zapasiewicza, a gdy widzę Englerta - owszem.
Rozmawiała Anna Laszuk 
|