 Wszystko, co robię, opieram na swoich działaniach i możliwościach - mówi Szymon Kołecki
W jednym z opracowań znalazłem taki opis Pana, po zdobyciu wicemistrzostwa olimpijskiego. "Nie umiał też przegrać. Supergwiazdor przygotowywany był tylko na złoty medal. Srebrny olimpijski krążek przyjął ze smutkiem, obrażony na cały świat". Ile jest w tym prawdy?
- Na pewno nie jest prawdą, że się obraziłem na cały świat. A poza tym wszystko się zgadza.
Mocno doskwiera porażka, gdy przegrywa się rywalizację tylko różnicą wagi ciała? Rozpamiętuje się to długo?
- Nie, nie. Nie ma absolutnie znaczenia, czy przegrywa się wagą ciała, czy też o kilogram lub sto kilogramów. Najbardziej boli, gdy ma się świadomość, że jest się mocniejszym od innych, a kontuzja czy pech nie pozwalają na dokończenie zawodów.
Co jest Pana największym osiągnięciem: srebrny medal z igrzysk w Sydney czy ten obecny z Pekinu. Na swej stronie internetowej podaje Pan, że ten z antypodów?
- Nie miałem jeszcze czasu nanieść na niej zmian. Dla mnie największym sukcesem jest to, że udało mi się dojść do siebie i wystartować przed dwoma laty w mistrzostwach Europy we Władysławowie. Przecież wcześniej przebyłem skomplikowaną operację, sama rehabilitacja też trwała długo. Tam zdobyłem zresztą kolejny złoty medal.
Długo przebywa Pan na zgrupowaniach poza domem?
- Z reguły osiem miesięcy w roku, a czasami bywa, że dłużej.
Czy takie czasochłonne zajęcia z kadrą mają w ogóle sens?
- To zależy jak dla kogo. Ja przed zawodami wyjeżdżam na obóz na trzy miesiące. Jestem tam non stop i w tym czasie w ogóle nie zaglądam do domu. Dla mnie jest to jedyny sposób na właściwe przygotowanie się, ale oczywiście to nie dotyczy wszystkich, bo każdy potrzebuje indywidualnego programu. I u nas w kadrze tak jest.
Podczas olimpiady sportowcy z innych dyscyplin narzekali na brak zainteresowania ze strony ich związków. A jak jest w Polskim Związku Podnoszenia Ciężarów?
- Od dziesięciu lat jeżdżę na zawody i nie liczę na jakąś uwagę ze strony związku. Wszystko co robię opieram na swoich działaniach i możliwościach. Od tego też czasu nic się w centrali nie zmieniło, ale mi niczego nie brakuje. Tak naprawdę nasz związek nie jest w stanie wymyślić niczego nowego niż to, co zrobił do tej pory.
W przeciwieństwie do wielu innych sportowców Pan jednak nie narzeka...
- Trzeba skupić się na sobie, robić swoje, bo o to w tym wszystkim chodzi. To, że nasze władze nie potrafią pozyskać pieniędzy i sponsorów, nie jest powodem, aby robić z tego aferę. Ja muszę przygotować się do zawodów i inne sprawy w tym czasie odłożyć na bok. Na narzekanie przyjdzie czas, gdy nadejdą wybory.
Czuje się Pan już spełnionym zawodnikiem?
- Jeszcze nie.
Uwiera Pana brak tych brakujących dwóch złotych medali?
- Na pewno brakuje mi ich, chociaż gdy ich nie wywalczę, to nie będę robił z tego wielkiego dramatu. Ale ja wiem, że je zdobędę.
Kiedy więc przywiezie Pan złoty medal z mistrzostw świata?
- Liczę na to, że już w listopadzie w przyszłym roku przywiozę go z Korei.
Zwycięstwo w Pekinie było na wyciągnięcie ręki?
- Było o wiele trudniej niż w Sydney, bo tam podnoszono o wiele mniejsze ciężary. W Pekinie zaś musiałbym przekroczyć swe możliwości, albo co najmniej wykorzystać je w 100 proc., choć przyznam, że mogłem to zrobić, bo nieraz mi się to udawało. Po prostu w ostatnim podejściu czegoś mi zabrakło.
Doszedł Pan juz fizycznie do siebie?
- Jeszcze nie. Wypoczęty to ja byłem przed olimpiadą. Teraz mam sporo zajęć, wyjazdów, ale takie to są prawa i obowiązki medalisty.
Od dwóch lat funkcjonują Pana siłownie - w Ciechanowie i Pułtusku. Czuje się Pan menadżerem?
- Nie. Mam dwóch przyjaciół, którzy je prowadzą, jeszcze nie miałem czasu tam zajrzeć, ja praktycznie się tym nie zajmuję.
Skończył już Pan studia?
- Niestety nie. Byłem na dwóch kierunkach, ale przygotowania do zawodów pochłaniają tyle czasu, że nie byłem w stanie tego pogodzić. Od października do maja będę teraz w domu, więc pewnie znajdę czas na naukę.
Pana hobby to czytanie książek i wędkarstwo. Odbiega to trochę od konwencji walczaka i zadziory...
- Ja potrafię wybuchać energią i agresją podczas zawodów, a poza tym jestem dość spokojną osobą. Zdarza się, że czasem się denerwuję jak normalny człowiek, no bo nie wszystko zawsze układa się idealnie. Generalnie jednak lubię ciszę i spokój.
To może szachy?
- Nie umiem w nie grać, ale gdybym się nauczył, to pewnie mogłoby mi się to spodobać. Połowa naszych ciężarowców gra w szachy, na przykład Grzesiek Kleszcz, Marcin Dołęga. Chłopaki organizują wieczorami nawet dla siebie turnieje.
Może jeszcze mi Pan powie, skoro lubi Pan wyciszające zajęcia, że garnie się do w kuchni?
- Nie lubię tego, bo to jest czasochłonne zajęcie, a jego efekty szybko stają się niewidoczne.
Co było dla Pana bardziej przykrym doświadczeniem: kontuzja czy podejrzenia o stosowanie dopingu?
- Zdecydowanie kontuzja w Sydney. W sporcie nic mnie bardziej przykrego nie spotkało. Mimo że byłem drugi, to było dla mnie najbardziej smutne wydarzenie.
Przeszedł Panu żal po "niepowodzeniu" w Sydney?
- Nie, i chyba nigdy mi nie przejdzie. Byłem wtedy o wiele mocniejszy od przeciwników.
A doping?
- Od początku wiedziałem, że to nieporozumienie, i wszystko się wyjaśni. Potrafiłem to udowodnić.
Interesuje się Pan futbolem. Sprawia Panu przyjemność oglądanie meczów?
- Owszem, i to bardzo dużą, ale w ogóle nie oglądam polskiej piłki nożnej.
Od zawsze?
- Od Mistrzostw Europy w Austrii i Szwajcarii. Tam grali wszyscy, tylko nie Polacy, bo tego jakoś nie zauważyłem. Kibicuję FC Barcelonie i Chelsea, a w Polsce Wiśle Kraków.
Był Pan kiedyś na ich meczach?
- Nigdy, ale kiedy tylko mogę, to chodzę u nas w Ciechanowie obejrzeć mecze czwartoligowego MKS.
Jest Pan rodzinna osobą?
- Staram się. Tyle miesięcy nie ma mnie w domu, że kiedy wracam, to usiłuję spędzać jak najwięcej czasu z rodziną. Dziś zawiozłem syna do szkoły, córkę do przedszkola, żona ich potem odbierze. A później całą czwórką wybieramy się na ryby. Dla trzyletniej córki bardziej liczy się kontakt z wodą i naturą, ale mój siedmioletni syn i żona łowią razem ze mną. Co prawda żona nie potrafi wszystkiego przygotować - zanęty, wędki, ale jak ja już jej wszystko przyszykuję, to wędkowanie naprawdę sprawia jej przyjemność.
Zdarzało się też Panu łowić w nocy?
- Czasem tak.
Ma Pan jakieś rekordowe osiągnięcia na swym koncie?
- Nie mam czym specjalnie się pochwalić. Kiedyś złowiłem ponad dwukilogramowego leszcza, ale to był czysty przypadek, bo miałem wtedy tylko sześć lat. Mimo że kocham wędkowanie, to nie mam tyle swobody, by pojechać na ryby choćby raz w tygodniu. Ostatni raz wędkowałem przed rokiem. Jakoś dużych ryb nigdy nie łowiłem, choć zdarzały mi się 30-centymetrowe okonie.
Pana wielkie marzenie to...?
- Nie mam na dziś wielkich marzeń, poza złotymi medalami. No oczywiście chciałbym, aby moje dzieci wyrosły na porządnych ludzi, i by dawały sobie radę w życiu, ale tego pragnie chyba każdy rodzic.
Rozmawiał Przemysław Kurszewski 
|