 Po zdobyciu mistrzostwa olimpijskiego w Pekinie w pchnięciu kulą od razu zaczęto doszukiwać się podobieństw między Tomaszem Majewskim a Władysławem Komarem. Obaj podobnej postury brodacze, w obu przypadkach ich złote medale były zaskoczeniem. I Majewski i Komar, olimpijczyk z Monachium z 1972 roku, od razu w pierwszej kolejce objęli prowadzenie w konkursie i jednakowo podnosili poziom adrenaliny u rywali. Pierwszy z nich między rzutami ze stoickim spokojem oddawał się lekturze książek, natomiast drugi na treningach pchał kulę w okolicach rekordu świata. Tyle, że znacznie lżejszą. W przeciwieństwie jednak do Komara, Majewski nie zdecydowałby się na karierę aktorską
Jak długo musiałby Pan startować w mityngach, aby nazbierać tyle pieniędzy oraz nagród (200 tysięcy złotych i samochód), które otrzymał Pan za mistrzostwo olimpijskie?
- O Boże! Bardzo długo! Sądzę że potrzebowałbym dwóch, trzech sezonów, by tyle uzbierać. Musiałbym startować dużo i pomyślnie. Kula nie jest dochodowym zajęciem, nawet jak na lekkoatletykę. No, może po zdobyciu złota trwałoby to trochę krócej.
Rozdysponował Pan już te pieniądze, wie Pan na co je przeznaczy?
- Nie mam w tej chwili nagłych potrzeb, trafią dlatego na konto i będą sobie tam grzecznie leżeć. Chyba że nastąpią jakieś nieprzewidziane wydatki.
Swego czasu był Pan "chodzącym billboardem", "pustym billboardem". Na koszulce, w której Pan startował, umieścił napis "miejsce dla sponsora", podając przy tym numer swojej komórki. Znalazł się ktoś?
- Niestety nie. Ale jednym zdjęciem trafiłem na łamy kilku gazet i pism ogólnopolskich.
Nie wywarło to na nikim wrażenia, nie było żadnego odzewu?
- Dostałem całą masę dziwnych SMS-ów i telefonów.
Od kogo?
- Od dzieci. Przez kilka dni kompletnie nie miałem spokoju. To, co zrobiłem, było i trochę śmieszne, i trochę głupie, ale przecież dostać się do gazet nie jest wcale tak łatwo. A mi się udało.
Ale już ma Pan sponsora?
- Tak. I nie muszę już nosić takiej koszulki. Podpisałem roczną umowę z Orlenem. Mają pojawić się billboardy i reklamy prasowe ze mną.
Potem pewnie przyjdzie pora na reklamy telewizyjne, a to ma już w sobie coś z gry aktorskiej...
- Nie mam pojęcia. Zobaczymy, jak to się ułoży. Nie przeraża mnie, że będę musiał odgrywać jakieś sceny. Jeśli zajdzie taka potrzeba, to sądzę, że sobie z tym zadaniem poradzę.
W czasach Komara nie było reklam. Zostawał film. Wcieliłby się Pan tak jak on w rolę pirata?
- Wolałbym tego uniknąć, bo nie mam takiego talentu jak pan Władysław. Polskie filmy i mój w nich udział to byłaby śmieszna mieszanka.
To może więc wystąpiłby Pan w komedii?
- (śmiech) No właśnie nie mamy teraz dobrych komedii. Kiedyś był chociażby Bareja.
Lubi Pan piwo. A z innych trunków?
- Herbatę, mleko. Jestem fanem mleka (śmiech).
Papierosy?
- Nie, nigdy nie paliłem i odradzam je każdemu.
Co do piwa smakuje najlepiej?
- Hm, orzeszki... Wszystko może smakować, ale ja się nie objadam.
Zna Pan większość polskich piw?
- Raczej tak. Gdy pojawia się coś ciekawego na rynku, to je próbuję. Lubię szukać nowości.
Gdybym podał marki piwa, umiałby Pan powiedzieć, w jakim mieście się je warzy?
- Teraz to one są przypisane właściwie do dwóch holdingów. Ale kiedyś nieźle sobie z tym radziłem.
Kaper?
- Gdańsk.
Dojlidy?
- Białystok.
Wspominał Pan kiedyś o studiach podyplomowych, co by to miało być?
- Jeszcze nie wiem, musiałbym się zastanowić, ale tyle teraz mam tych wyjazdów... Na pewno studia humanistyczne, coś ciekawego do uczenia się.
Czyli?
- Na przykład kulturoznawstwo. To jedna z kilku możliwości.
Pana pasją są książki fantastyczne. Czy filmy z tego gatunku też Pan lubi?
- Oczywiście. Z ulubionych mogę wymienić "Łowcę androidów" z Fordem. To klasyczne dzieło, dalej "Solaris" Tarkowskiego, pierwszą część "Nieśmiertelnego" - o ile można to podciągnąć
pod fantastykę. Jest tego dużo.
Tolkien, Lem?
- Jako młody człowiek pochłonąłem wszystkie książki Tolkiena, zaś filmy oparte na jego twórczości widziałem po kilka razy. Byłem też systematyczny i przeczytałem większość z pozycji Lema. Część odpuściłem, bo najzwyczajniej ich nie rozumiałem. Przyznam się, że nawet teraz nie jestem pewien, czy wiedziałbym, o co w nich chodzi.
Lubi Pan muzykę Marrilion?
- Kojarzę że ich nazwa pochodzi od jednej z książek Tolkiena, ale to nie jest takie proste przełożenie. Nie jestem ich fanem. Słucham głównie muzyki rockowej i punk rocka oraz masę innych wykonawców.
Polski rock? Może TSA?
- No aż tak to nie, bo jestem trochę za młody, ale mam sporo ich nagrań. Klimatem odpowiada mi Kult, T.Love, Pidżama Porno.
Mieszkał Pan na wsi w Słończewie. Umiałby Pan sobie poradzić na gospodarstwie?
- Nie mam umiłowania ziemi tak, jak mój młodszy brat. Pewnie dałbym sobie radę, ale i tak, choćbym nie wiem jak się starał, nie byłbym w stanie być lepszym gospodarzem od niego. Lubię wieś, lubię czasem tam popracować, ale to wszystko.
Jak teraz traktują Pana inni zawodnicy na zawodach? Czują respekt przed mistrzem?
- Ależ skąd! Nie ma znaczenia, czy jest się mistrzem, czy nie. Są kolejne zawody i trzeba walczyć od nowa. To hermetyczny świat. Dużo ze sobą startujemy, znamy się dobrze i nie ma tak, że do naszego grona wchodzi od razu kilku nowych zawodników.
Wystartowałby Pan w zawodach strongmanów?
- Raczej nie. Może jestem silny w porównaniu z przeciętnym człowiekiem, ale jednak za słaby na takie zawody. Parę konkurencji mógłbym pociągnąć, na przykład te, w których miałbym do czynienia z rzutami. Generalnie te ciężary są dla mnie za duże. Poza tym to cholernie kontuzyjny sport, łatwo sobie coś zerwać, skręcić. Po prostu bałbym się trochę z tego powodu.
A tak jak stromgman Mariusz Pudzianowski wziąłby Pan udział w tanecznym show?
- Zdecydowanie nie. Trzymam się pchnięcia kulą, ale wiele sportowców, w tym lekkoatletów,
po zakończeniu kariery decyduje się na takie występy. Wiem, że bardzo dobrze radzi sobie w tym mój utytułowany rywal i kolega z rzutni Duńczyk Joachim Olsen. Podobnie nieźle wypada
w amerykańskiej edycji inny medalista mistrzostw świata sprinter Maurice Greene.
Ja nie jestem fanem tego rodzaju aktywności i robienia na siłę widowiska.
Gdzie widzi Pan swe miejsce po zakończeniu kariery?
- W domu w kapciach. Nie wiem...
Marzył Pan przecież o dziennikarstwie...
- Już mi to przeszło. Jest wiele ciekawych zajęć, nawet te proste mogą sprawiać przyjemność.
Jak długo będzie Pan jeszcze w sporcie?
- To zależy od zdrowia i chęci. Jeśli nic się nie zmieni, to realnie osiem lat, a maksymalnie dziesięć. Sport to loteria, może przytrafić się kontuzja. Ja w każdym razie chciałbym zdrowo uprawiać sport i być zdrowym po zakończeniu kariery.
Podobały się Panu komentarze polskich sportowców w Pekinie o kiepskiej sytuacji w związkach sportowych? To był dobry moment na rozpoczynacie takich dyskusji?
- Hm, może nie to, że nie było to niesmaczne, ale... Choć w części pewnie mieli rację, lecz ja bym tak nie postąpił. Jeśli mi coś nie pasuje, mówię o tym od razu, a nie post factum. Wówczas da się jakoś rozwiązać problemy. Ja mam w sobie tyle przyzwoitości, że potrafiłbym powiedzieć: sam o wszystkim decydowałem, moja wina, bo ja to spieprz....
Lubi Pan poleniuchować na treningach?
- Tak się nie da. W zeszycie jest zapisane, jakie ćwiczenia muszę wykonać, i je wykonuję. Nawet jak czasami bywają chwile, że nie ma się ochoty na trening, ale i tak ćwiczę, to co mam zaplanowane. Gdybym leniuchował, nigdy bym nie doszedł do olimpijskiego złota.
Czemu Pan się odżegnuje tak od samochodu?
- Nie mam takiej fascynacji, że muszę go mieć w tym momencie mego życia. Nieposiadanie auta jest wygodne. Być może kiedyś zrewiduję swoje poglądy.
Czy Pana życie zmieniło się po olimpiadzie?
- Troszeczkę . Mam więcej obowiązków, więcej wywiadów. Jestem bardziej rozpoznawalny przez ludzi, ale nadal trenuję i robię to samo. W otoczeniu moich przyjaciół i znajomych też wszystko jest po staremu.
Rozmawiał Przemysław Kurszewski
Fot. MWMedia 
|