 Śmiech może poprawiać nastój, może być narzędziem walki z absurdami rzeczywistości i elementem społecznej misji. Może wreszcie być źródłem autentycznej satysfakcji i największą nagrodą dla satyryka. Trzech z pięciu wspaniałych polskiej sceny kabaretowej - Robert Górski, Przemysław Borkowski i Mikołaj Cieślak z Kabaretu Moralnego Niepokoju - opowiada o kulisach pracy artysty kabaretowego, źródłach inspiracji i najbliższych planach. Zupełnie poważnych
Zabawa w kabaret zaczęła się na polonistyce...
- Przemysław Borkowski: Zgadza się. Wszyscy poznaliśmy się na wydziale, na jednym roku.
Kto był pomysłodawcą?
- P.B.: Trudno powiedzieć, to było tak dawno temu. Ale wydaje się, że Robert Górski.
A pozostali ochoczo się przyłączyli?
- P.B.: To nie było tak, że spotkaliśmy się któregoś dnia i powiedzieliśmy: "Słuchajcie, robimy kabaret". Idea rozwijała się w czasie. Najpierw był jednorazowy występ kabaretowy. Spodobało się, więc za rok zrobiliśmy następny i dopiero przy tej okazji stwierdziliśmy, że warto kontynuować przedsięwzięcie i występować częściej niż raz na rok.
Na scenie razem cała piątka wypada świetnie. Prywatnie też tworzą Państwo zgrany zespół?
- Mikołaj Cieślak: Powiem krótko: tak. Większość naszej pracy składa się z bycia razem: prób, występów, wielogodzinnej jazdy samochodem, więc musimy być zgrani. Inaczej nie dałoby się wytrzymać. Na scenie spędzamy godzinę, półtorej, reszta jest poza. Przy takim trybie pracy siłą rzeczy spędza się ze sobą mnóstwo czasu, czy się chce, czy nie. Ale raczej się chce.
Panu przypadła niepisana rola lidera. Jakim jest Pan przywódcą? Trudno okiełznać pozostałą czwórkę?
- Robert Górski: Porównałbym siebie raczej do demagogicznego władcy, który strasznie chciałby dokonać przewrotu i wziąć wszystkich za mordę, ale nie ma ku temu predyspozycji, więc musi trwać w sytuacji, w jakiej się znalazł. Każdy ma swój lepszy i gorszy okres. Raz jest kłopot z jedną osobą, kiedy indziej z inną. Jak ktoś ma wszystko poukładane w domu, to i artystycznie jest uspokojony, dobrze się z nim współpracuje. Generalnie jednak kryzys nigdy nie przybrał zbyt dużych rozmiarów, czego dowodem fakt, że wciąż istniejemy.
Czy wykształcenie polonistyczne pomaga w pracy kabaretu literackiego?
- P.B.: Niewątpliwie. Po pierwsze, znamy bardzo dużo tekstów kabaretowych, choćby z okresu międzywojennego, także mamy dobry background. Po drugie, studia te uczą dbałości o słowo. Jesteśmy wyczuleni na niuanse języka, powiedzenia, wychwytywane z powietrza, z tego, jak ludzie mówią.
R.G.: Ja czasem mam wrażenie, że polonistyczne wykształcenie przeszkadza, bo używamy żartów, które szeroka widownia niekoniecznie złapie, bo nie wszyscy mają taką podstawę teoretyczną. Dlatego sami się cenzurujemy, żeby nasze dowcipy nie były tylko dla wybranych.
Można powiedzieć, że inspiruje podpatrywanie ulicy, codziennego życia?
- P.B.: Jak najbardziej. W zasadzie tylko to inspiruje. Sytuacje, które nam się zdarzają każdego dnia, zasłyszane zdarzenia, opowieści znajomych - to wszystko stanowi dla nas bardzo dobry materiał.
M.C.: Nie da się inaczej. To znaczy da się, ale wtedy mijamy się z ludźmi. Gdybyśmy robili wszystkie skecze, powiedzmy, o laboratorium chemicznym, to obawiam się, że część ludzi nie wiedziałaby, o co chodzi.
Panie Robercie, czy ma Pan jakąś receptę...
- R.G.: Receptę na co?
Na dobry skecz, który rozbawi młodych i starych?
- R.G.: A, już myślałem, że chce Pani ode mnie jakieś psychotropy wyciągnąć, a ja nic nie mam. Mówiąc poważnie, sama praca nad tekstem wygląda bardzo różnie - czasem skecze są pisane na zamówienie, na konkretny temat; innym razem ktoś opowiada coś fajnego albo sam jestem świadkiem ciekawej sytuacji, która dostarcza materiału na skecz. Niekiedy scenka jest obudowywana wokół zupełnie niezwiązanej z niczym myśli, która wydaje się zabawna. Samo pisanie to pół biedy, najważniejszy jest pomysł, przy czym pole inspiracji jest naprawdę zróżnicowane.
M.C.: Trzeba znaleźć coś, co trafi do każdego. Odbiorca musi poczuć w skeczu coś, co go dotyczy. Nawet skecz, który wydaje się skierowany do określonej grupy, może rozbawić całą publiczność. Na przykład każdy ma za sobą jakieś egzaminy, zna sytuację, przez co skecz o studencie na egzaminie staje się uniwersalny. Podobnie nieobce są widzom sytuacje ze skeczy "Krzyżówka" czy "Max i Bożydar", bo kto nie rozwiązywał choć raz krzyżówki czy nie próbował poderwać dziewczyny... albo chłopaka.
Kabaret służy dostarczaniu rozrywki. Czy powinien też zawierać elementy misji społecznej, trochę moralnie zaniepokoić?
- R.G.: Naszym celem absolutnym i ostatecznym jest zmiana świata na lepszy. Oczywiście cel jest czysto utopijny, ale uważamy, że tylko taki jest do przyjęcia i gdyby nie to, nie mielibyśmy powodu, żeby działać. Po drugie, dużo satysfakcji daje nam obserwowanie, jak ludzie bawią się na naszych występach.
Co jest najtrudniejsze w występach na scenie: kontakt z publicznością, wykrzesanie umiejętności aktorskich...?
- P.B.: Otóż nie. W występach scenicznych najtrudniejsze są... plenery. Na tego typu imprezach otwartych zdarza się kulturalna publiczność, ale bywa, że ludzie są po prostu pijani i bardzo trudno się wtedy przebić. Czasami wystarczy jeden facet w stanie mocno wskazującym, wykrzykujący coś spod sceny, żeby zupełnie rozbić występ. Bo jeśli my mówimy skecz, a gość zaczyna wrzeszczeć, to na dłuższą metę to jest nie do wytrzymania.
Jaka jest metoda na tego typu delikwentów?
- P.B.: Najlepszym sposobem jest ochrona, która w takich sytuacjach powinna reagować i takiego pana ściągać, a jeśli tak się nie dzieje, to trzeba po prostu grać swoje, udając, że go nie ma. Najgorsze, co można zrobić, to jakoś się do niego odnieść. Wtedy poczuje się zauważony, doceniony i zacznie wrzeszczeć ze zdwojoną siłą.
M.C.: Warunkiem występu jest, żeby publiczność nas widziała i słyszała, choć oczywiście gorzej, gdy ktoś akurat je kiełbasę, jest odwrócony tyłem, a dookoła panuje hałas. Idealna publiczność byłaby w jakimś zamkniętym pomieszczeniu. Na przykład w windzie (śmiech). Najlepsze są sale widowiskowe, teatralne. Natomiast nie ma miejsc wyjątkowo złych. Jeżeli ludzie nas widzą i słyszą, to już scena należy do nas.
Innym, jak sądzę dość problematycznym rodzajem występów są imprezy zamknięte, które również często gromadzą osoby przypadkowe, niezainteresowane występem. Czy gra w takich okolicznościach też bywa trudna?
- P.B.: Rzeczywiście, często jesteśmy zapraszani na imprezy firmowe i w większości przypadków to bardzo fajne występy, ale oczywiście bywają wyjątki. Kiedyś występowaliśmy dla bardzo ważnych osób z pewnego koncernu paliwowego, ludzi na stanowiskach od dyrektora wzwyż i tam było ciężko, bo oni w ogóle się nie śmiali. Byli po prostu zbyt ważni. Na szczęście to przypadki incydentalne.
A czy jest różnica między występami dla publiczności w kraju i dla widowni polonijnej?
- P.B.: Teraz już nie. Często gramy w Londynie, Irlandii, Norwegii. Tam żyją Polacy, którzy wyjechali niedawno, więc dla nich się gra tak samo, jak dla publiczności w Płocku czy w Poznaniu. Natomiast jeszcze jakieś dziesięć lat temu zagraliśmy w Londynie, kiedy jeszcze Polaków nie było tak dużo, i na nasz występ przyszła starsza emigracja - solidarnościowa, a nawet jeszcze wojenna. I oni faktycznie nie wszystko rozumieli, ponieważ nie byli na bieżąco z sytuacją w kraju. Nie znali na przykład pojęcia fali w wojsku, a dresiarza kojarzyli wyłącznie ze sportowcem.
R.G.: Dzisiejsza polonia jest już zupełnie inna. Polacy za granicą oglądają telewizję, mają ścisły kontakt z rodakami i naszymi realiami. Teraz jedziemy do Stanów, zobaczymy, jak tam będzie.
To pierwsza podróż do USA?
- R.G.: Tak, wcześniej mieliśmy już kilka propozycji, ale nigdy jakoś szczególnie nam się nie paliło, bo to nie tylko przyjemność - trzeba też trochę popracować, a my jesteśmy leniwi. Ale w końcu jedziemy, żeby na pytanie dziennikarza, czy byliśmy kiedyś w Stanach, móc odpowiedzieć: "Tak, byliśmy".
Przed premierą nowego numeru pojawia się jeszcze trema, czy na tym etapie nie ma już o niej mowy?
- R.G.: Jeśli chodzi o mnie, to tremy nie ma żadnej. Jest tylko wesołe podniecenie. Za każdym razem zmierzenie się z reakcją publiczności na nową propozycję skeczu jest ciekawym wydarzeniem w naszym artystycznym życiorysie i swego rodzaju sprawdzianem własnych możliwości.
Co jest największym wyzwaniem dla artysty kabaretowego?
- M.C.: Stworzenie postaci, która będzie śmieszna.
Każdy skecz to inne wcielenie sceniczne. Trzeba mieć zadatki na aktora, żeby być dobrym twórcą kabaretowym?
- R.G.: Talent aktorski na pewno pomaga. Mam wrażenie, że niektóre zespoły opierają się tylko na grze aktorskiej. Czasem tekst jest tak mizerny, że jakby jeszcze był źle zagrany, to w ogóle by się wszystko wyłożyło. Brak tekstu jest wspierany dobrym aktorstwem. Jak ktoś nie jest pewien tego, co mówi, pomaga sobie grą, w imię przysłowia: "Głupi nie zrozumie, a mądry pomyśli, że tak trzeba". Sam posługuję się tą zasadą, gdy śpiewam piosenki, ponieważ nie potrafię śpiewać, w związku z czym robię to bardzo głośno i jeśli się pomylę albo zafałszuję, to wszyscy myślą, że tak ma być.
Zdarzają się improwizacje?
- R.G.: Oczywiście, zdarza się, że zapominamy tekstu i jest to doskonała okazja, żeby poimprowizować.
A dobra improwizacja to też sztuka...
- R.G.: A to Pani mówi o dobrej improwizacji? (śmiech) Jak mawiał Wojciech Młynarski, najlepsza improwizacja to ta wykuta na blachę, czyli najlepiej zagrać tak, żeby ludzie myśleli, że coś dzieje się na ich oczach, podczas gdy wszystko jest w szczegółach wystudiowane. Czasem też sami podpuszczamy kolegów na scenie, zadając im niespodziewane pytanie i wyczekując, jak z tego wybrną.
Są jakieś ulubione skecze, wcielenia sceniczne, w których czują się Panowie najlepiej?
- P.B.: Ja najlepiej czuję się w skeczu "Ksiądz", gdzie gram księdza. Nie to, żebym miał jakieś szczególne predyspozycje... Po prostu to bardzo dobry skecz, w czasie którego ludzie się głośno śmieją i za każdym razem sprawia mi dużo przyjemności, gdy go gram.
Jednymi z bardziej lubianych postaci są barwni menele - Gwidon i Romek. Skąd taka popularność tego duetu?
- M.C.: Kiedyś, jeszcze na studiach, włóczyłem się z Robertem po różnych miejscach. To był wówczas taki trochę łyk cyganerii. Z obserwacji spotykanych ludzi powstał pomysł na skecz. Okazało się, że bohaterowie zostali ciepło przyjęci, a my też ich polubiliśmy i tak sobie żyją własnym życiem.
Istnieją sprawdzone reguły, które Pan sobie narzuca w pracy nad tekstem skeczu? Na przykład tematy tabu, po które Pan z założenia nie sięgnie?
- R.G.: Raczej nie mam takich żelaznych zasad, chociaż pewnie skecz o aborcji byłby mało śmieszny. Z drugiej strony na każdy temat można powiedzieć coś zabawnego, zależy tylko, w jaki sposób się to zrobi. Staramy się nie używać wulgaryzmów czy dowcipów poniżej pasa, choć czasem nam się coś wymsknie. To od razu cieszy się dużą popularnością wśród widzów.
A z historii można się śmiać?
- R.G.: Proszę bardzo. Nie wszyscy podzielają nasz pogląd. Mieliśmy nawet jakieś interwencje w sprawie materiału pokazanego niedawno w telewizji. Najczęściej były to koła kombatanckie, starsi ludzie, którzy uznali, że szargamy ich patriotyczne uczucia, na przykład porównując Piłsudskiego do Stalina. Oczywiście tylko na podstawie zewnętrznego podobieństwa.
M.C.: Wydając najnowsze DVD "Historia Polski", chcieliśmy zmierzyć się z tematem, który na pierwszy rzut oka jest nieciekawy i nudny, a na drugi rzut oka... też nieszczególnie ciekawy, na trzeci rzut - nudny, a na czwarty - super.
Naginają Panowie fakty?
- M.C.: Gdyby było inaczej, bylibyśmy telewizją edukacyjną, a takich ambicji nie mamy. To swego rodzaju sprawdzian, na ile pomnikowe postaci wytrzymają zetknięcie z naszym niekiedy nieodpowiedzialnym historycznie humorem.
Repertuar KMN raczej stroni od polityki. Czy to znaczy, że w polskim sejmie jest mało śmiesznie?
- P.B.: To jest celowe działanie. To znaczy, polityka pojawia się w naszych programach, tyle że nie wprost, bez nazwisk, partii. Nikt z nas nie powie dowcipu o Kaczyńskim, ale pewne mechanizmy i odniesienia do sceny politycznej można znaleźć.
R.G.: Nie mamy specjalnych obiekcji, żeby tego tematu nie poruszać. Tyle że polityczne realia szybko się dezaktualizują i właściwie szkoda nam czasu na zabieranie się za politykę. Dziś żarty o Lepperze - o których jeszcze niedawno myśleliśmy, że będą śmieszyć wiecznie - byłyby passé, bo bohater zniknął ze sceny politycznej.
Pana krótki epizod z prowadzeniem "Szkła kontaktowego" to kolejny dowód na to, że polityka to jednak nie to?
- R.G.: O, widzę, że jednak nie był na tyle krótki, żeby przejść bez echa. Ale przyczyny, dla których rozstałem się z programem, są dużo bardziej prozaiczne: nie miałem czasu, żeby równolegle nagrywać program w telewizji i jeździć w trasy z kabaretem. A jak już mam wolną chwilę, to nie chce mi się czekać do 23, żeby móc spokojnie napić się piwa, bo przed nagraniem trzeba zachować jasność umysłu.
Są Państwo rozpoznawalni również prywatnie?
- R.G.: Tak, jesteśmy, co daje wiele korzyści. Na przykład mogę się dostać za kulisy na gębę, bez przepustki, którą inni muszą pokazywać. Niestety, rozpoznają nas nie tylko ochroniarze i ładne dziewczyny, lecz także pijacy, którzy mają wyostrzony wzrok i wtedy ta popularność obraca się przeciwko nam.
To jednak może inspirować do napisania kolejnego skeczu...
- R.G.: Mam tak duże pole inspiracji, że z tego akurat chętnie bym zrezygnował.
Jest Pan twórcą skeczy dla kabaretu, ma Pan w dorobku teksty do pisma "Chichot" i scenariusze do "Maratonu uśmiechu", seriali komediowych. Nie przeszkadza czasem przyklejona etykietka wesołka? Nie ma obawy, że poza sceną ludzie też będą Pana traktować z przymrużeniem oka?
- R.G.: Nie. Nie wiem, jak Pani mnie teraz odbiera, ale przy okazji takich wypowiedzi staram się właśnie zdjąć maskę idioty i powiedzieć coś sensownego. Jestem satyrykiem, czyli osobą komentującą rzeczywistość przy użyciu lekkiego języka. I właśnie za taką osobę się uważam. Wesołek pobrzmiewa nieco pejoratywnie.
Jest szansa na poznanie członków KMN w poważnej odsłonie dla odmiany? Myślą Panowie na przykład o powrocie do poezji i kontynuacji tomiku "Zeszyt w trzy linie"?
- P.B.: Chcemy z kolegami wydać płytę z piosenkami lirycznymi. To teraz takie nasze ukochane dziecko i mam nadzieję, że ukaże się jeszcze na jesieni.
M.C.: Poza tym wprawdzie nie pytam Roberta i Przemka, ale myślę, że każdy z nas coś pisze do szuflady i na pewno taki powrót może się wydarzyć.
R.G.: Ja pracuję nad scenariuszem do filmu i choć będzie to komedia, to pojawią się także wątki poważne.
Jakieś szczegóły?
- R.G.: Więcej nie zdradzę, żeby nie zapeszyć.
Tego byśmy nie chcieli.
- R.G.: No właśnie. Mam nadzieję, że przedsięwzięcie dojdzie do skutku, a z filmami, jak wiadomo, bywa różnie. Zwłaszcza że za fabułę się jeszcze nie zabierałem i dlatego to dla mnie takie fascynujące. Chętnie bym się nauczył, jak się pisze w Polsce dobre komedie, tylko nie bardzo jest od kogo.
Może niedługo scenarzyści będą się uczyć od Roberta Górskiego...
- R.G.: Bardzo bym sobie tego życzył, ale czas pokaże. Zadanie wcale nie jest takie proste, jak się wydaje.
Jakie są plany kabaretu na najbliższe miesiące?
- P.B.: Lada dzień ruszamy w trasę po Stanach Zjednoczonych. Przygotowujemy też nowy program telewizyjny pod roboczym tytułem "Bajki".
R.G.: W tym roku planujemy wydać również taki wyciąg z naszego trzyletniego programu "Tygodnik Moralnego Niepokoju". Poza tym już gramy nowy program zatytułowany "Amatorzy kwaśnych jabłek".
Zatem fani Panów poczucia humoru nie mają powodu do niepokoju.
Rozmawiała Małgorzata Szerfer 
|