 Jego historia sięga 1969 roku, kiedy to zwykła wersja modelu Mini przeszła modernizację i została nazwana Clubman. Dziś koncern BMW, do którego należy marka Mini, postanowił kontynuować tradycję. Siedem lat po wprowadzeniu nowo skonstruowanego modelu na rynek trafiło kombi nazwane Clubman. Równie ponętne i równie elektryzujące
Czesław Matracki
Prawdziwi znawcy motoryzacji zawsze pałali sympatią do legend na czterech kółkach. Jeszcze bardziej doceniali i doceniają koncerny samochodowe, które z odwagą je wskrzeszają, niekoniecznie tworząc repliki, ale opracowując koncepcje nawiązujące do aut z przeszłości, jak chociażby Chrysler PT Cruiser czy Chevrolet HHR. Z jednej strony mamy nowoczesność, a drugiej nawiązanie do ubiegłego stulecia. Gdy koncern BMW wykupił angielskiego Mini Morisa, niemal wszyscy Brytyjczycy z trwogą obserwowali, co będzie dalej. Jaka będzie przyszłość samochodu, który do tej pory był zawsze kojarzony z ich krajem? W zasadzie myślał o tym cały świat. Ale bawarscy inżynierowie chwycili za ołówki, cyrkle, linijki, ekierki, krzywiki i z rozmachem stworzyli pierwszy projekt Mini. Przed odsłoną modelu, który w 2001 roku zastąpił dotychczas produkowanego Mini Morisa, wszyscy złapali głęboki oddech. To było jedno z bardziej nerwowych oczekiwań. I stało się. Z początkiem XXI wieku świat zamilkł ze zdumienia. Oczy zostały zwrócone na samochód, którego nie sposób było pomylić z innym. Figlarna sylwetka, nieco zabawna, lecz do złudzenia przypominająca starego, poczciwego Mini Morissa. Jego miłośnicy spodziewali się profanacji, wręcz zbeszczeszczenia ikony angielskiej motoryzacji. Tak się nie stało. Bawarscy inżynierowie pokazali, że są mistrzami. Wyłuskali, wymuskali i uwypuklili każdy szczegół, z którego słynął Moris. Najbardziej zabolało wyspiarzy to, że z Mini Morisa zachowano tylko pierwszy człon nazwy. Tylko Mini, ale jakże piękne. O wnętrzu pełnym elipsowatych elementów.
Ze skrzydełkami
Wejście na rynek Mini wyglądało niczym wprowadzenie do sprzedaży telefonu z ?jabłuszkiem?, który nagle stał się rzeczą pożądaną i jednocześnie prestiżową. Dlatego koncern BMW zdecydował się na stworzenie obok hatchbacka i kabrio wersji kombi. Fani ponownie zapytali, jak to możliwe? ?Przecież tym razem model zostanie oszpecony do samego szkieletu? - mruczeli pod nosem. I co? Znowu pomysł okazał się trafiony.
Clubman jest piękny. Jego koncepcyjna wersja po raz pierwszy ujrzała światło dzienne podczas frankfurckiego salonu samochodowego w 2005 roku. Już wtedy zainteresowanie modelem było ogromne. Prototyp Clubmana spowodował wielkie poruszenie. I choć sceptycy kiwali głowami, trzy lata później auto trafiło do salonów. Nieco dłuższe. Ze skrzydełkowymi drzwiami do bagażnika mającego 260 litrów pojemności. Innowacją w modelu są półdrzwi z prawej strony, które pozwalają na swobodne zajęcie miejsca na tylnym siedzeniu, ale nie można ich otworzyć bez wcześniejszego otwarcia drzwi przednich. Dla zachowania wszelkich proporcji inżynierowie nie mogli poddać się fantazji. Karoserię wydłużono zaledwie o 24 cm, przy czym zwiększono rozstaw osi. Dzięki temu Mini Clubman jest zwarty i zgrabny. Przestrzeni przybyło nie tylko bagażnikowi, lecz także pasażerom z tyłu. Dokładnie 8 cm, co dało więcej miejsca na nogi. Na przednich fotelach jest komfortowo. Szczególnie dopieszczono stanowisko kierowcy. Kilkupłaszczyznowa regulacja fotela oraz kolumny kierownicy pozwalają przyjąć wygodną pozycję do prowadzenia.
Dobra kompozycja
Sterowniki? Wszystkie pod ręką. To w zasadzie cyngle, jak w Ursusie, tyle że chromowane i dzięki temu wyglądające niezwykle stylowo. Wrażenie jak zawsze robi ogromna tarcza prędkościomierza, umieszczona centralnie na desce rozdzielczej. Zajmuje chyba 1/3 jej powierzchni. Co jak co, ale prędkość, z jaką jedziemy, zobaczą nawet kierowcy samochodów jadących na sąsiednim pasie autostrady. Dosłownie jakby wyjęto go z ciężarówki. Natomiast rozmiar wszystkich innych elementów znormalizowano. Są akuracik. Pod maską Coopera Clubmana zainstalowano doładowany silnik benzynowy o mocy 175 KM, który tworzy idealną kompozycję z sześciostopniową manualną przekładnią biegów i świetnie zestrojonym układem jezdnym. Tak naprawdę wersja kombi nic nie straciła w porównaniu do mniejszego hatchbacka. Minimalnie na osiągach, ale cała reszta jest bez zarzutu.
Jadąc Clubmanem wciąż mamy wrażenie prowadzenia gokarta. Idealne rozłożenie mas i zero jakichkolwiek wychyleń nadwozia przy szybkim pokonywaniu zakrętów. Setka w 7,6 sekundy i prędkość maksymalna 224 km/h. Przecież ten samochód można pokochać za każdy jego centymetr. Ponieważ z Clubmanem debiutował system Auto Start-Stop, wyłączający silnik podczas zatrzymania na skrzyżowaniu i uruchamiający go po wciśnięciu sprzęgła lub gazu, nawet spalanie jest umiarkowane. Wszystko z myślą o ochronie środowiska i naszego portfela. Średnie zużycie paliwa wyniosło 8,3 litra, natomiast w mieście wzrastało do 10,5 litra na 100 km. Jednakże w stosunku do masy pojazdu i mocy silnika te wartości są jak najbardziej adekwatne. Clubman jest fajny, ale czy drogi? To zależy od punktu widzenia. Dla jednych kupienie takiego auta jest jak kupno zestawu w McDonald?s, a dla innych to życiowa inwestycja. Auto jest tanie, tylko nasze pensje nieodpowiednie. 



|