 Od ośmiu lat należy do czołowych tyczkarek świata. W każdych zawodach zaliczana jest do grona faworytek i pretendentek do medali. I jeśli Monice Pyrek nie udaje się wspiąć na podium, to z reguły plasuje się blisko niego. Choć czasem bywa to bolesnym doświadczeniem. Taka sytuacja miała miejsce podczas najważniejszych dla sportowca zawodów. Na Igrzyskach Olimpijskich w Atenach w 2004 roku Pyrek liczyła na medal, a skończyło się na czwartym miejscu. Wyprzedziła ją, pochodząca również z Gdyni, Anna Rogowska. Niepowodzenie nie załamało Moniki Pyrek, bo następny rok okrasiła tytułem wicemistrzyni globu na otwartym stadionie
Urodziła się Pani krótko po sukcesie Władysława Kozakiewicza na olimpiadzie w Moskwie. Mówił Pani ktoś, że to dobry znak?
- Właściwie to dopiero Pan mi to uzmysłowił. Ale rzeczywiście, może to przeznaczenie, bo przypominam sobie moment pierwszego spotkania z nim. Gdy w 2006 roku na Balu Mistrzów Sportu Kozakiewicz wręczał mi statuetkę championa czułam, że jest to dla mnie mistyczna chwila.
Wierzy Pani we wróżby?
- Nie jestem przesądna, ale po jakichś znakach, symbolach wiem, co może się zdarzyć. Czasem wierzę w sny, bo żona mojego trenera w nie wierzy. Nieraz opowiadam jej swoje sny, a ona potrafi mi je wytłumaczyć. I często się one sprawdzają. Z reguły to są dobre przepowiednie.
Ma Pani swój wzór sportowy?
- Wszyscy cały czas patrzą na ?cara tyczki? - Siergieja Bubkę - zarówno pod względem technicznym, jak i treningowym. To na nim się wzorujemy. Każdy tyczkarz chciałby skakać tak jak on. Dlatego też wiele zawodniczek i zawodników jeździło i jeździ na konsultacje do jego trenera Pietrowa. Zresztą ja sama przez wiele lat korzystałam z jego rad.
...a w życiu?
- Nie mam konkretnej postaci, która byłaby moim wzorem. Owszem, są osoby, które imponują mi swoim charakterem, swoją chęcią życia i determinacją. Do nich należy na pewno Krystyna Janda i moja przyjaciółka Maria Sadowska. Ale nie mogę powiedzieć, że mam ikonę, w którą się wpatruję i bez zmrużenia oka zrobiłabym dla niej wszystko, co tylko by mi kazała.
Widziała Pani gest Kozakiewicza?
- Widziałam.
Czy nie stanowi on dla Pani motywacji, by realizować cele wbrew wszelkim przeciwnościom losu?
- Całe moje życie sportowe składa się z pokonywania różnych barier. Gdyby Pan zobaczył mnie przed laty jako początkującą sportsmenkę, to nigdy by nie Pan uwierzył, że cokolwiek osiągnę. Byłam szczupła, schorowana, z krzywym kręgosłupem, anemią, po drodze pojawiły się problemy z tarczycą. Jednak te wszystkie swoje słabości pokonałam. Jak na ironię cierpię też na lęk wysokości, ale i z tym sobie poradziłam.
Medal na igrzyskach w Pekinie to dla Pani sprawa życia i śmierci?
- Szczerze mówiąc nie. Takim wyzwaniem był dla mnie medal w Atenach. To, co wtedy przeżyłam, było dla mnie straszne. Za dużo to mnie wszystkiego kosztowało emocji, i zdrowia psychicznego. Jednym z moich celów jest medal olimpijski, ale nie chcę go zdobyć za wszelką cenę. Chcę walczyć o niego z poczuciem, że zrobiłam wszystko, by stanąć na podium olimpijskim. Jednak nie chcę stawiać medalu w takiej skali, jak to uczyniłam przed czterema laty.
Czyli ewentualnie walka o podium na olimpiadzie w Londynie?
- Ostatnio rozmawiałam z moją przyjaciółką, która spodziewa się dziecka, i czuję, jak mnie już ciągnie do rodzinnych spraw. Łatwiej byłoby trenować mi, gdyby udało się zdobyć medal już w Chinach. Zawodnicy mają jednak to do siebie, że jak połkną tego bakcyla sportowego, to trudno im z niego zrezygnować. Myślę że będę jeszcze startowała ze dwa lata, potem zrobię przerwę na powiększenie rodziny, ale też postaram się znaleźć czas, aby dobrze przygotować się do igrzysk w 2012 roku w Londynie.
Myśli Pani o kolejnych studiach?
- Chciałabym kiedyś zrobić studia podyplomowe, ale profesjonalny sport wymaga wiele poświęceń i czasu na naukę jest coraz mniej. Powiem szczerze: jak ktoś ma tego magistra to trochę te piórka mu opadają i nie jest już tak ambitny. Uczę się teraz języków, ale głównie skupiam się na sporcie. Może później, po zakończeniu kariery, pomyślę jeszcze o studiach.
Chciałaby Pani, tak jak Wojciech Fortuna, oddać ten jedyny skok, który przyniósł mu złoto olimpijskie, i nie mieć prócz niego żadnych sukcesów?
- Podobne pytanie zadał mi mój trener, który zapytał mnie: czy wolałabym skoczyć raz 5 m, czy osiem lat skakać na wysokości 4,80 m. Wybrałam to drugie, bo wolę stabilizację i ciągłość działania oraz dochodzenie do triumfu małymi krokami.
Po takim wyczynie jest strasznie ciężko się pozbierać psychicznie. Jak się poczuje ten smak i nie można wrócić znów na szczyt jest to potworne przeżycie.
Nadal rozpamiętuje Pani utracony medal w Atenach?
- Ciągle to mnie dotyka i gdy się nad tym zastanawiam, cały czas się wzruszam. Nie byłam w stanie oglądać tych zawodów przez następne 2-3 lata. Za bardzo to przeżyłam i próbuje o tym zapomnieć. Z trenerem wyciągnęliśmy wnioski z popełnionych błędów i postaram się, aby taka sytuacja już nigdy nie miała miejsca.
Co działa bardziej mobilizująco: sukces czy porażka?
- Dla mnie takim bodźcem jest porażka. Jeśli jestem przygotowana na wyczyn i nie wyjdzie w jednych zawodach, to spinam się, by wypaść jak najlepiej w kolejnych. Ale bywa też i tak, że na treningach idzie świetnie, a tu nie trafia się z dniem, albo przeszkadzają warunki atmosferyczne i nie można pokazać tej klasy, co na treningach. Działa to frustrująco.
Pozwala sobie Pani na kobiece szaleństwa?
- Mam pomalowane paznokcie u stop na czerwono. Lekkoatletki mają to do siebie, ze dbają o siebie. Starają się pokazać w sobie dużo kobiecości Wychodzą w makijażu, mają ładne fryzury, stroje są odkryte. Może nie wszyscy to dostrzegają, bo sport utożsamiany jest z męskością. Sama też lubię po zawodach założyć ładną biżuterię.
Czyta Pani dzieciom, spotyka się z młodzieżą... Potrafi Pani odmówić komuś, tupnąć nogą?
- Najbliższym tak. I mają czasem ze mną piekło.
A pozostali?
- Najczęściej się zgadzam, choć czasem trudno wygospodarować mi wolny czas i kosztuje to potem sporo nerwów. Ale jak coś obiecam, to dotrzymuję słowa.
Swego czasu głośno mówiono o konflikcie Pyrek-Rogowska. Jakie są obecnie wasze relacje?
- Poprawne.
Nic poza tym?
- Są to najnormalniejsze kontakty w świecie. Niedawno nawet dzwonił do mnie trener Ani w sprawie wyjazdu do Pekinu. Konflikt był trochę sztucznie wywołany przez media, a my same niepotrzebnie dałyśmy się podpuścić. Padło sporo pytań, na które tak naprawdę same nie znałyśmy odpowiedzi.
W pewnym momencie stwierdziłyśmy, że to nas tylko wkurza i nie pomaga nam. W końcu same się dogadałyśmy i teraz nie ma żadnego problemu. Dostałam od Ani zaproszenie na skok o tyczce na molo i byłam bardzo miło przyjęta. Nie ma więc śladu po konflikcie, którego w rzeczywistości nie było.
Odbiło to się na wynikach?
- Rzeczywiście, nie wyszło nam to na dobre. Wcześniej nasze osiągnięcia były bardziej równe. Wtedy panowała zdrowa rywalizacja między nami; raz jedna dokładała centymetrów do wyniku, raz druga.
Gdyby nie sport, czym by się Pani zajęła?
- Nie wiem. Wolę spokojne, uporządkowane życie, więc pewnie byłaby to praca biurowa. Sądzę, że poszłabym w kierunku zbliżonym do ukończonych studiów.
Gdy skończy Pani karierę sportową, co sobie pomyśli wtedy?
- To była fajna przygoda, jestem spełniona sportowo, mam świetne wspomnienia i teraz mogę zacząć kolejny etap w swoim życiu.
Rozmawiał Przemysław Kurszewski
Monika Pyrek urodziła się 11 sierpnia 1980 roku w Gdyni. Przygodę ze sportem rozpoczęła od koszykówki, potem był skok wzwyż i dopiero tyczka. Ustanowiła około 70 rekordów kraju, w 2001 wynikiem 4,61 cm została rekordzistką Europy. Do jej największych osiągnięć zaliczyć można srebrny medal Mistrzostw Świata w Helsinkach w 2005 roku i brązowy w 2001 roku w Edmonton oraz medal Mistrzostw Europy w Göteborgu z tego samego kruszcu. Czterokrotnie stawała na podium MŚ i ME w hali. Jej rekord życiowy - 4,82 cm - ustanowiony został 22 września ubiegłego roku. Podczas finałów Grand Prix w Stuttgarcie dał jej trzecie miejsce w podsumowaniu sezonu na świecie. Jest jedną z trzech Polek, które zdobyły medale w 25-letniej historii mistrzostw świata na otwartym stadionie. Przed trzema laty obroniła pracę magisterską na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Gdańskiego. Temat dotyczył problemów prawno-administracyjnych w zwalczaniu dopingu w sporcie.
Fot. Kapif 
|