 Mają wszystko: sławę, dużo pieniędzy i wolnego czasu. Bawią się. Fajnie, jeśli zabawie towarzyszy przyjemny dreszczyk emocji, kiedy gra toczy się o wysoką stawkę. W końcu, mają wszystko, mogą wszystko. Nawet zagrać o życie. Gwiazdorzy hazardziści
Andrzej Kwaśniewski
Przeciętna osoba traktuje grę po prostu jak jeszcze jedną zabawę, pomimo że często bardzo chciałaby wygrać. Wyznacza sobie limit czasu lub pieniędzy, jakie może poświęcić, i przestrzega zasad. Innymi motywami kierują się osoby, których granie nabrało cech patologicznego hazardu, czyli takiego, który w klasyfikacji medycznej został uwzględniony w podrozdziale "Zaburzenia nawyków i popędów".
Słownik wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych określa hazard jako "ryzykowne przedsięwzięcie; narażanie się na niebezpieczeństwo; gra o pieniądze lub inne dobra, w której znaczną lub decydującą rolę odgrywa przypadek". O uzależnieniu od hazardu możemy mówić wówczas, gdy jego uprawianie powoduje różnego rodzaju życiowe problemy, a osoba nim dotknięta, pomimo tych problemów, nie przestaje grać. W szpony hazardu wpada się szybko i nie ma na niego mocnych. Z opublikowanego w Stanach Zjednoczonych raportu National Council on Problem Gambling wynika, że już w 2003 roku około 2 milionów dorosłych spełniało kryteria patologicznego hazardu. Dla kolejnych 4-6 milionów osób hazard jest poważnym problemem. Ilu zagrożonych jest wśród nas?
My gramy na zapałki
Gwiazdy uwielbiają hazard. Biorą udział w cyklicznie organizowanych turniejach Black Jacka, pokera czy ruletki oraz w zawodach typu "aktorzy kontra dziennikarze". Zielone stoliki do gry rozstawia się na turniejach sportowych, premierach, bankietach. Zazwyczaj na pokaz, i gra się wówczas o przysłowiowe "zapałki". W takim turnieju Cezary Harasimowicz wygrał laptopa, a jego partnerami byli między innymi: Danuta Stenka, Joanna Liszowska, Marek Włodarczyk (można było wygrać jeszcze karty członkowskie do klubu fitness i 18-letnie whisky). Czasami gra się promocyjnie (promując siebie albo nowo otwierane kasyno), czasami "na szczytny cel". Okej, to jeszcze aż tak nie wciąga. Podobnie jak granie sportowe, na przykład w brydża, w którego gra polityk Janusz Korwin-Mikke i aktorka Renata Dancewicz.
Dancewicz, wielka pasjonatka tej gry, podkreśla, że gra w brydża daje jej przede wszystkim przyjemność i nigdy się jej nie nudzi, bo "to trochę psychologii, dużo matematyki, można też blefować". Zaczęła wcześnie, bo już gdy miała 6 lat, - babcia nauczyła ją grać w oczko. Później sama poznała chyba wszystkie gry karciane, brydża też uczyła się sama - z książki, a potem na kursach. Swojej pasji poświęca bardzo dużo czasu. Uczestniczy w turniejach, nawet wakacje najchętniej spędza w miejscach, w których odbywają się kongresy brydżowe. Wśród zawodników cieszy się sporą nie tyle popularnością, co renomą. Jej zdaniem gra na pieniądze ma sens, bo "bezmyślność i głupota zostają natychmiast ukarane". Jak pokazują przykłady z życia wzięte, niektórzy są wyjątkowo odporni na wiedzę.
Wielkie gwiazdy, wielka kasa
Wielka kasa związana z hazardem przywędrowała do Polski, a i nasze gwiazdy bez kompleksów brylują już w całym świecie. Świecie hazardu. Chociażby na eliminacyjnych rozgrywkach Wielkiego Finału European Poker Tour w Monte Carlo, w którym pojawili się znani polscy miłośnicy hazardu: Liroy z żoną, Joanną Krochmalską, Michał Wiśniewski z Anią Świątczak oraz Kasia Sowińska. W finale tego turnieju na zwycięzcę czekają ponad 2 miliony euro. W kraju grają o trochę mniejsze stawki, za to potrafią się temu oddawać z prawdziwą namiętnością. Pierwszy hazardzista IV RP, Michał Wiśniewski, wciągnął już do, powiedzmy zabawy, obecną partnerkę. W Monte Carlo Ania nie odchodziła od stolika przez jedenaście godzin! Ale gdzie jej tam do słynnego męża... Michał "Wiśnia" Wiśniewski nawet narodziny swojego czwartego dziecka świętował, bawiąc się w klubie Extravaganza, gdzie większość wieczoru spędził w zamkniętym pokoju dla VIP-ów, oczywiście grając w karty. Na urodzinach Przemysława Salety przenosił się od stolika do stolika. Ostatnio bawił się ruletką, choć słowo "bawił", w zestawieniu z grobową miną "Wiśni", wydaje się odrobinę nie na miejscu.
Plusem w przypadku Michała Wiśniewskiego jest to, iż potrafi otwarcie się przyznać, że jest hazardzistą, i że stracił przez swój nałóg fortunę. Jednak znacznie większym minusem jest fakt, że na każdym kroku hazard promuje. Ba, nawet na swojej stronie internetowej reklamuje jedno z kasyn internetowych, zachęcając wszystkich do aktywnej "zabawy" i przegrywania pieniędzy. Znając zasady, na jakich działają takie reklamy, a dokładniej programy partnerskie, Wiśniewski będzie kosić procent od pieniędzy, które w kasynie przepuszczą poleceni przez niego klienci. Im więcej wpłacą, a znając kasyna zaraz potem stracą, tym więcej zarobi nasz artysta.
Do nałogu nie przyznaje się natomiast pozujący na artychę i luzaka piosenkarz Norbi. Mało tego, chwali się publicznie - w telewizji - ile to kasy potrafi przepuścić jednego wieczoru w kasynie. W "Rozmowach w toku" lekceważącym tonem opowiadał, jak to za jednym podejściem przegrał 100 tysięcy złotych. Może komuś, zwłaszcza przeciętnemu, pracującemu na etacie Polakowi, nie mieści się to w głowie. Ale dla takiego Norbiego, to jest - jak wielokrotnie podkreślał - "artysty estradowego", 50 tysięcy złotych "to nie podnieta". No pewnie, czym się tu podniecać? Ciśnienia nie podnosi mu też przegrana, bo jak bywało krucho, to "koledzy pożyczali mi pieniądze bez wahania, w końcu jestem twarzą zaufania publicznego". Co już kompletnie żenujące, w tym samym programie Norbi na kolanach przysięgał prowadzącej, swojej żonie, matce oraz urzędowi skarbowemu, że już nie gra, a do kasyn chodzi, bo jest zapraszany, ale tylko jako artysta. Co też ten hazard z człowiekiem wyrabia?
Moje własne kasyno
Przez hazard można zaprzepaścić wielką szansę, karierę, stracić równie wielkie pieniądze, szacunek publiczności i szacunek do samego siebie, a nawet miłość swego życia. A przynajmniej pokłócić się na tyle poważnie, by swoje prywatne brudy prać publicznie. Niedawno doświadczony hazardzista Wiśniewski wściekł się na początkującą hazardzistkę Wiśniewską, bo ta zamarzyła sobie otworzyć własne kasyno. Czerwonowłosy tak się wściekł, że aż musiał się nam wszystkim wyżalić na swoim, a właściwie rodzinnym, oficjalnym blogu. "dziś chciałbym powiedzieć prawdę... jak zwykle... kocham moją żonę... ale kiedy się sprzeciwia i chce otwierać nawet nie własny poker room, a kasyno - to już mnie wkurza... dzitka! skąd masz na to kaskę? odkładałaś z zakupów, czy dogadałaś się z kimś za moimi plecami? Skarbie! kobiety wcale nie muszą być na tyle niezależne..." - pisze w swoim internetowym pamiętniczku. Coś ta kłótnia rozwodem pachnie... A wszystko przez ten straszny, wyniszczający psychicznie i fizycznie hazard. Swoją drogą, ciekawe, że notka jest podpisana: "Michał i Ania Wiśniewscy". To Ania też się na Anię obraziła z tej okazji?
A że kasa z tego jest, wie nie tylko rodzina Wiśniewskich. Inny szansonista, Stachursky, też postanowił zainwestować w hazard, otwierając swój własny pub. I to nie byle jaki, tylko "Bukmacher Pub". Jak sama nazwa wskazuje, będzie tam można - przy piwku - postawić pieniądze na zakłady bukmacherskie. Biznesowo pomysł genialny, bo jak wiadomo zdrowy rozsądek zanika wprost proporcjonalnie do ilości wypitego alkoholu. A jak puszczą wszystkie hamulce, to można puścić z torbami nie tylko siebie, lecz także swoją rodzinę i swoich najbliższych przyjaciół. Tak naprawdę, realne pieniądze z hazardu mają tylko organizatorzy gry.
O skali zjawiska świadczyć może pozycja jednej z firm, od pewnego czasu obecnej w naszym kraju. Firma ta, w świetle brytyjskiego prawa działająca legalnie, jest nawet notowana na tamtejszej giełdzie, a jej giełdowa wartość to aktualnie około miliarda funtów. Na czym tak zarabia? Na prowadzeniu w Internecie zakładów bukmacherskich. W Polsce oficjalnie nielegalnych, w praktyce - obecnych nie tylko na ekranach naszych komputerów, ale wręcz na stadionach i w mediach. Firmy tego typu, zarejestrowane w krajach, w których elektroniczny hazard jest dozwolony, bądź w tak zwanych rajach podatkowych, bez problemu oferują swoje usługi polskim internautom (szacuje się, że Polacy zawierają w sieci od półtora miliona do trzech milionów zakładów miesięcznie), sponsorują kluby piłkarskie, reklamują się na stadionach i na koszulkach reprezentantów kraju. Do czego może doprowadzić hazard? Do legalizacyjnej schizofrenii.
Sport to zdrowie?
Związki sportu z bukmacherką nie powinny dziwić, w ogóle sportowcy to łakomy kąsek. To przeważnie młodzi ludzie, z różnych - powiedzmy sobie szczerze - środowisk, którzy z dnia na dzień stają się bożyszczami tłumów i... milionerami. Nie każdy potrafi sobie z tym poradzić. Włoską gwiazdę tenisa, Alessio di Mauro, władze ATP ukarały zakazem gry przez okres 9 miesięcy oraz grzywną w wysokości 29 tysięcy funtów za to, że brał udział w zakładach bukmacherskich. Inna gwiazda, Boris Becker, wpada na turnieje do Monte Carlo. Jak zwykle, świat plotek najgłośniej huczy na temat piłkarzy. Gwiazdor reprezentacji Anglii, David Bentley, przyznał się, że w czasach, gdy był uzależniony od hazardu, potrafił zrobić nawet 100 zakładów dziennie! Mając zaledwie 23 lata, dziennie trwonił tysiące funtów na różne zakłady: konie, psy, pokera oraz różne sporty. - Zaczyna się od paru funtów, potem idą setki, później tysiące. Im więcej zarabiałem, tym większe kwoty stawiałem - wspomina w wywiadzie.
Na naszym rodzimym podwórku też mamy kilka powodów "do dumy". Jeden z największych talentów młodego pokolenia w naszej piłce, Kamil Grosicki, w kasynach przegrał wszystko, co miał. Tonie w długach, dzięki pomocy klubu wyjechał do ośrodka zamkniętego leczyć się z uzależnienia. Piłkarz grał na pieniądze jeszcze kiedy był zawodnikiem szczecińskiego klubu. Po przyjeździe do stolicy jakby kompletnie utracił kontakt z rzeczywistością. W warszawskich kasynach przesiadywał coraz dłużej, przegrywając coraz większe sumy pieniędzy.
Bo ta zabawa, choć na początku istotnie zabawna, jest wyjątkowo niebezpieczna. Owszem, jeden spokojnie wytrzyma, że ma na koncie pięć czy dziesięć milionów euro, a drugi, jak tylko poczuje w kieszeni parę złotych, od razu pójdzie je przepuścić. Z ciężarem sławy i ilością złotówek na koncie nieraz trudno sobie poradzić, trzeba mieć naprawdę żelazny charakter. Młody chłopak, który wczoraj kopał piłkę gdzieś na plaży Copacabana, śpiewał w bramie na podwórku warszawskiej Pragi, szorował bruki, przechodząc z castingu na casting, dzisiaj ma u stóp cały świat. Jutro może go przegrać z kretesem. I wylądować z powrotem na plaży. |