Ekskluzywny magazyn - Ważne wydarzenia

Strona głównaO VIPieRedakcjaReklamaMapa stronyWydawnictwo

  

Rozmowy VIPa
Ambasadorzy
Podróże VIPa
Styl VIPa
Gadżety VIPa
Auto dla VIPa
Okiem VIPa

Jeśli chcesz otrzymywać newsletter Magazynu VIP, wpisz swój adres e-mail:
  

Zobacz, jak wygląda VIP

ANDRZEJ KRZYWY - Nie gwiazduję, jestem sobą


Jego pierwszym instrumentem, w którym się zakochał, było przedszkolne pianino. W podstawówce ambitny tata zapisał go do orkiestry na... mandolinę. Jak wspomina Andrzej Krzywy, bardziej "obciachowego" instrumentu nie mógł sobie już wyobrazić. I po dwóch latach rzucił grę na tym instrumencie. Obiecał sobie, że już więcej do czynienia z muzyką mieć nie będzie. Ale jak mówi, nie urósł za bardzo i, by zwrócić na siebie uwagę, nauczył się grać na gitarze. A potem był Daab, było De Mono. Z tym ostatnim nagrał "Kochać inaczej". Pierwszy przebój i od razu gigantyczny sukces. Piosenka królowała kilkadziesiąt tygodni na listach przebojów

Wróciłeś niedawno z wakacji, czyżby De Mono wybierało się na emeryturę?
- Absolutnie nie. Cały czas gramy koncerty. Ja nie byłem na urlopie już od trzech lat, dlatego wypoczynek mi się należał. Spędziłem kilkanaście dni na Wyspach Zielonego Przylądka. Ogromne wrażenie wywarło na mnie pływanie na desce z latawcem, tzw. kitesurfing. Dla amatorów tego sportu to prawdziwy raj na ziemi. Ciągle wieją wiatry. Chciałem też trochę poćwiczyć na siłowni, ale nic z tego nie wyszło. Po prostu mieli archaiczny sprzęt.

Czy jesteś typem sportowca?
- Nie za bardzo. Nigdy jakoś specjalnie nie byłem wysportowiony. Staram się jednak cały czas dbać o kondycję, bo brzuch mi urośnie. Muszę ciągle coś robić, by się nie zestarzeć. Pozytywne konsekwencje przynoszą mi występy na scenie, podczas których tracę sporo energii i kalorii.

W porównaniu z poprzednimi latami coraz trudniej jest Was usłyszeć w mediach?
- To prawda, jednak cały czas pojawiamy się w radiu i telewizji. Nie poddajemy się. Kiedyś, gdy istniały trzy, cztery rozgłośnie, wszyscy byli otwarci na polską muzykę. Teraz stacje radiowe opanowały zachodnie produkcje, nie zawsze najwyższych lotów. To smutne, że polska muzyka jest tak mało widoczna.

Szczycicie się tym, że jako pierwsi na świecie wypuściliście Pendrive Music. Jak wpadliście na ten pomysł?
- To był czysty przypadek. Nasz basista - Piotr Kubiaczyk - na spotkaniu ze znajomymi rozmawiał o rodzimym rynku muzycznym. Zastanawiali się, dlaczego coraz mniej sprzedaje się płyt i co zrobić, by dotrzeć do młodzieży z naszą twórczością, którą można skopiować z Internetu. Za darmo i nielegalnie. Efektem tych dyskusji był właśnie muzyczny Pendrive. Umieściliśmy na nim nasze piosenki, zostawiając też sporo miejsca do przenoszenia danych. Do wydawnictwa dołączona została książka o De Mono. W planach mamy wydanie kolejnego nowego Pensrive?a, teraz już ze znacznie większą pamięcią. Jednak ciągle jest to traktowane jako ciekawostka. Te urządzenia kupują głównie osoby, które na co dzień używają odtwarzaczy MP3. Dla nich jest to atrakcyjne.

Szybko znaleźliście naśladowców?
- Już trzy tygodnie później w Londynie pojawiły się pierwsze single na Pendrive?ach. Podobno też jakiś polski wykonawca zrobił coś podobnego. Ale to my byliśmy pierwsi na świecie.

A jak rozeszły się te cacka?
- Nie narzekamy, zeszła cała partia, ok. 5 tys. sztuk. Chodziło nam o to, by jego cena była konkurencyjna w stosunku do płyty, więc sam Music Pendrive kosztował nieznacznie więcej, niż takie samo czyste urządzenie.

Sądzisz, że taki kolejny wynalazek ma szansę przyjąć się na rynku?
- Myślę że tak, bo coraz więcej osób jest nastawionych na MP3. To najłatwiejszy sposób, by mieć muzykę bez potrzeby konwertowania. Kolejnym pomysłem są odtwarzacze z płytą MP3, ale niestety tani sprzęt jest jeszcze zbyt zawodny, a z kolei koszt iPoda za duży. Nie wiem, czy się na to zdecydujemy. Nie chodzi nam tylko o to, by zrobić rewolucję za wszelką cenę i wprowadzać nowe pomysły, gdy nie mamy gwarancji, że ktoś to kupi.

Jesteś fanem elektroniki użytkowej?
- Jak każde dorosłe dziecko, czyli facet w średnim wieku, lubię takie ciekawostki.

Ta fascynacja zajmuje ci sporo czasu?
- Nie mam zbyt wielu wolnych chwil na tego typu przyjemności. Właśnie z kolegami z zespołu siedzimy teraz w studiu nagraniowym i szykujemy się do nowego natarcia.

Czyżby come back?
- Trudno mówić o nim, gdyż jako nieliczni gramy bez przerwy od przeszło 20 lat. Może w ostatnich latach nie mieliśmy tylu przebojów, co poprzednio, ale zawsze nasze kompozycje są zauważalne. Ostatnim takim przebojem była piosenka "Siedem dni", która w radiu pojawiała się dość często. Na biedę nie narzekamy.
Nie chcemy obniżać poziomu za wszelką cenę. Nie interesuje nas tworzenie piosenek "pięciominutowych". Mamy ambicje, by nasze utwory zostały w pamięci na dłużej. I w sumie takich kompozycji mamy pokaźną ilość.

Zaskoczyło mnie, że De Mono jest objęte mecenatem, a nie, że współpracujecie ze sponsorem, który daje pieniądze i wymaga. Czy to jest taki prawdziwy mecenas, który się o was troszczy, wspomaga wasz rozwój?
- Dokładnie tak. Dzięki niemu, jego wsparciu finansowemu, stać nas na realizację naszych pomysłów. Bez niego nie bylibyśmy w stanie temu zadaniu podołać. To prawdziwy mecenas w pełnym znaczeniu tego słowa, który lubi naszą twórczość. Mam nadzieję, że ta współpraca będzie trwała bardzo długo.

O jakich trudnych przedsięwzięciach mówisz?
- Nagraliśmy piosenkę z płyty "Siedem dni" w systemie 5.1, czyli dookólnym, a nie stereo. W naszym pojęciu był to bardzo interesujący pomysł. Utwór wypadł znakomicie, przerósł w ogóle nasze oczekiwania. Niestety, jeszcze za mało odbiorców posiada taki klasowy sprzęt.

Śpiewałeś w Daabie, nie masz ciągotek, by elementy reggae wprowadzać do De Mono?
- Coraz częściej takie elementy się pojawiają w naszym repertuarze, bo je lubię i staram się je od czasu do czasu przemycać. Jednak to nie do końca nasza specyfika. Ale zawsze na koncertach gramy coś z Boba Marleya.

Nie czujesz się zażenowany, że Wasza muzyka towarzyszy reklamie parówek?
- Dlaczego tak miałbym się czuć?

To kolejny sposób, by dotrzeć do szerszego grona odbiorców?
- No pewnie. Im częściej będziemy się pojawiać, tym mamy większe możliwości, że ktoś zainteresuje się naszymi pozostałymi dokonaniami. Reklamowaliśmy buty, to niby czemu nie mogliśmy tego samego uczynić z parówkami? A po drodze były też batony. Nie ukrywajmy, tu chodzi o pieniądze.

Jak widzę często pojawiasz się w telewizji?
- Nigdy nie byłem oporny i gdy otrzymuję interesującą propozycję, to korzystam z niej. Od jakiegoś czasu występuję w programie muzycznym w Telewizji Puls "Singa Dinga". Doskonale się tam bawię. Mogę pokazać tam siebie innego, bo śpiewam piosenki, których nigdy bym nie wykonał.

Umiałbyś wskazać najlepszy okres w historii grupy?
- To dopiero przed nami, ale wszystko było wyjątkowe w naszej działalności. Mnóstwo się wydarzyło. Pierwsza płyta, pierwsza piosenka w radiu. Następny krążek, który potwierdził, że możemy dać sporo naszym słuchaczom. Trzecia płyta ugruntowała naszą pozycję na rynku. Ciągle towarzyszyło nam zamieszanie.

Nie chciałbyś, by w grupie nadal występowali Marek Kościkiewicz, Robert Chojnacki i Agnieszka Maciąg w teledyskach?
- Wszystko się dookoła zmienia, do pewnych rzeczy się nie wraca. Marek i Robert zajęli się karierą solową. Agnieszka naszą muzą była kilka lat temu, a teraz została nią Ania Dereszowska, która wystąpiła w naszych czterech teledyskach. Ona kibicuje nam, a my jej. Parę razy wystąpiła też na naszych koncertach. Być może na 25-lecie zespołu zaprosimy wszystkie osoby, które z nami współpracowały.

O czym myślisz? Chodzi mi o sferą pozamuzyczną.
- Chciałbym zwiedzić cały świat, bo teraz nie mam na to czasu. Nie interesują mnie dwa dni w Paryżu, dwa gdzie indziej. Po prostu chciałbym pomieszkać dłużej w różnych zakątkach świata. Najlepiej dziewiczych.

Marzyciel z głową w chmurach?
- Można by mnie tak nazwać. Marzenia są po to, by je realizować, dzięki temu się rozwijamy, możemy pomóc innym. Ja nie gwiazduję. Wiem, skąd jestem. Nie mam wybujałych aspiracji. Nikogo nie gram i nie udaję. Nie umiałbym, jak niektórzy, sprzedać wszystkiego - rozwodu, pogrzebu, pokazać majtek. To żenujące i nie podoba mi się. A gdy marzenia nie wychodzą, to pojawiają się nowe.

Rozmawiał Przemysław Kurszewski

Andrzej Krzywy urodził się w 1964 r. W latach 1984-87 śpiewał w zespole Daab, z którym nagrał m.in. piosenkę "W moim ogrodzie". Znalazła się ona na I miejscu Listy Przebojów programu III PR. Po Daabie, aż do dzisiaj, występuje w De Mono. Grupa wylansowała takie przeboje, jak: "Kochać inaczej", "Statki na niebie", "Kamień i aksamit", "Znów jesteś ze mną", "Moje miasto nocą", "Ostatni pocałunek". Jako pierwszy polski wykonawca zespół w 1994n r. zdobył nagrodę MTV w kategorii: local hero. W międzyczasie Andrzej Krzywy nagrał dwie płyty solowe ("Premiera", "Sędzia Dread").

Fot.: Kapif


Magazyn VIP to: Ekskluzywne czasopismo, kluby, marki, samochody | Elegancja | Ludzie biznesu | Luksusowy magazyn | Moda gwiazd Podróże artykuły |
Polskie gwiazdy | Profesjonalne salony urody | Relacje z podróży | Stylowe wyposażenie | Światowe sławy | Turystyka i rekreacja
Copyright by VIP Polityka, Biznes, Fakty (c) 2006 - Wszystkie prawa zastrzeżone. Projekt i wykonanie: Vega Internet Studio
Za pozycjonowanie tego serwisu odpowiada Sunrise System.